BAMBOCCIONI – DZIECI MOCNO PRZETERMINOWANE

Autor: MAGDALENA MASKIEWICZ

Duże dzieci, wspólny metraż, czyli krótka historia o tym, że wcale nie trzeba uczyć się szybko kochać potomstwo, skoro i tak nie chce się wyprowadzić.

Pierwsza sekwencja mogłaby wyglądać jak kadr z włoskiej tragikomedii. Dorosły facet, na oko trzydziestokilkuletni, umiarkowanie przystojny – czyli nie z okładki „Vogue Uomo”, ale i nie z gazetki sprzedaży wysyłkowej materiałów budowlanych lub sztucznych nawozów – o świetnie wyrzeźbionych ramionach, z dwudniowym zarostem, budzi się rano na dźwięk ulubionej stacji radiowej. Pozostając we włoskich klimatach, obstawiamy zachrypnięty wokal Zucchera lub Maria Biondiego nadawany ze stacji Radio DJ. Nasz bohater przeciąga się leniwie, prawie ocierając się o zmysłowe gesty, i gdy z uwagą czekamy na rozwój akcji – czy oko kamery odprowadzi go pod prysznic, gdzie zaprezentuje nam swój wyrzeźbiony tors potomka rzymskich herosów, czy też operator skieruje obiektyw nieznacznie w bok, na poduszkę obok, gdzie ukaże nam się leżąca blond Wenus z obrazów Botticellego… Cięcie! To nie ten film.

Kamera, ześlizgując się z naszego bohatera, pokazuje go nam w majtkowo-różowej pościeli we florystyczny rzucik, jakiej nie powstydziłaby się ciotka Mildred w swojej wiktoriańskiej kamienicy na przedmieściach Londynu. Dalej jest tylko gorzej. Im szerszy kadr, tym więcej kompromitujących bohatera didaskaliów. Kolekcja porcelanowych łabędzi na półce nad łóżkiem, puchaty dywanik u stóp, rama łóżka jak na wzgórzach Avonlea. I głos spoza planu: Kochanie, śniadanie gotowe! Nie, to nie długonoga i piersiasta blond Wenus. To mama. Mamma mia!

Bamboccioni, dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami, drenujące ich kieszeń, lodówkę, bak w samochodzie, podrzucające pranie, konsumujące zakupy, zamawiające budzenie po nocy w klubie wraz z samomaterializującym się jogurtem na porannego kaca. To nie tylko zjawisko obecne na Półwyspie Apenińskim,  mieszkanie do późnej dorosłości u mamy i taty staje się problemem międzynarodowym. W Stanach Zjednoczonych o takich osobnikach mówi się „K.I.P.P.E.R.S” („utrzymankowie”), czyli kids in parents’ pockets eroding retirement savings, co można swobodnie przetłumaczyć jako „dzieci żyjące z oszczędności rodziców”. W Niemczech – „kidults” (z ang. „dorosłe dzieci”), w Wielkiej Brytanii – „kids-boomerangs„, zaś w Japonii – „parasaito shinguru„.

W Polsce nie wypracowaliśmy sobie jeszcze specjalnej nomenklatury opisującej to zjawisko, co nie przeszkadza mu się swobodnie rozprzestrzeniać. Statystyki są bezlitosne w swojej arytmetycznej wymowie – w północnej Europie jesteśmy rekordzistami – ponad 43 proc. Polaków w wieku od 25 do 34 lat wciąż mieszka z rodzicami. To prawie tyle, co w słynących z tego zjawiska Włoszech. Myli się jednak ten, kto myśli, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne „dzieciaki”. U nas ponad dwie trzecie latorośli od 25 do 34 roku życia mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Bezrobotni to 13,8 proc.

Ta struktura pozostała niezmieniona przez kryzysowe lata. Niskie zarobki i brak zdolności kredytowej uniemożliwiają nie tylko zakup własnego mieszkania, ale często i jego wynajem. Gdy pensja w wysokości średniej krajowej wystarcza na pół metra kwadratowego mieszkania, samodzielny kąt staje się równie egzotyczny jak Czarny Ląd, a rodzice z własnym metrażem jawią się jako Ziemią Obiecana. I nawet opcja specjalnego nadzoru, czyli odbijania karty zegarowej po powrocie z imprezy i konieczność rozwijania życia erotycznego w krajach zamorskich, w ramach programu Orgasmus, zwanego dla zmylenia przeciwnika Erasmus, często nie są wystarczającym bodźcem do heroicznej walki o własne M.

Anglicy mają specjalną ofertę kredytową dla młodych ludzi ze zbyt małą zdolnością kredytową: part buy, part rent – część kupujesz, część wynajmujesz. Umożliwia to wzięcie kredytu na część mieszkania (połowę, a nawet jedną czwartą) i wynajmowanie pozostałej części. Nasz rynek usług finansowych nie przewiduje na razie takich możliwości i wciąż najszerzej wykorzystywaną opcją jest zaciąganie kredytów hipotecznych przez rodziców, by pozbyć się latorośli z rodzinnego gniazda. Chyba że załącza się tu syndrom pustego gniazda, który za cenę samoudręczenia każe nam nie odcinać pępowiny, w pewnym wieku przypominającej bardziej linę okrętową. Pokolenie rodziców dzisiejszych dwudziestokilkulatków weszło w lata 90. z silnym poczuciem niedoboru i stąd  silna potrzeba zapewnienia własnym dzieciom lepszych warunków, spośród których te mieszkaniowe należą absolutnie do pierwszorzędnych.

I tutaj wchodzi nam GUS, może nie cały na biało, ale czarno na białym, ze swoimi statystykami, z których jednoznacznie można wyczytać, że mieszkań dla młodych nie wystarczy. Biorąc pod uwagę same tylko małżeństwa, w zeszłym roku zawarto ich 256 tys., a mieszkań oddano 160 tys. Rozwodów mamy ok. 70 tys. rocznie, czyli stajemy przed casusem: „mieli jedno mieszkanie, potrzebują dwóch i to najlepiej od zaraz, bo w przeciwnym wypadku będą potrzebowali dwóch kwater na cmentarzu komunalnym”. Mieszkań jest po prostu za mało. Do tego Polacy masowo uciekają z lokat, funduszy inwestycyjnych i giełdy, a za wypłacone pieniądze kupują mieszkania (wg ekspertów firmy doradczej Reas).

Dla deweloperów 2016 rok był rekordowy pod względem sprzedaży, a kolejne kwartały zapowiadają się równie ciekawie. To polski fenomen, który paradoksalnie nie trudno wytłumaczyć, biorąc pod uwagę zwłaszcza niepewność na rynkach finansowych, a także otoczenie polityczne i gospodarcze. Niezmiennie inwestycja w nieruchomości cieszy się wśród rodaków największą popularnością. Jest ona bowiem utożsamiana z bezpieczeństwem i względnie przewidywalnym źródłem dochodów.

Kto nie czuje się na siłach, by wskoczyć w garnitur rodzimego wilka z Wall Street, zawsze może zostać rentierem, choćby na minimalną skalę 3 mieszkań puszczonych w obieg studentom, którzy nigdy nie śpią, lub weekendowym turystom śpiącym w systemie Airbnb.

Chciałoby się więc powiedzieć, śpieszmy się kupować mieszkania, tak szybko odchodzą, jednak gdy ma się zdolność kredytową na toster, i to marki Silver Crest, a nie Siemens, wypada uśmiechnąć się do rodziców. Albo o reaktywowanie własnego pokoju z młodzieńczych lat, albo o wspólny kredyt na lat 30.

Co jest bardziej wiążące, trudno orzec. Nadopiekuńczy rodzice, niepozwalający dorosnąć dzieciom, które dziećmi dawno być przestały, i tym samym próbujący przedłużyć sobie własną młodość poprzez nadgorliwe wypełnianie rodzicielskich obowiązków, czy też zobowiązanie finansowe na lata, które często wiąże ściślej niż więzy krwi? Życiowe doświadczenie niemieszkania z rodzicami po ślubie podpowiada mi, że nowa rodzina powinna mieć swój kawałek podłogi w bezpiecznym dystansie od starszego pokolenia, ku chwale harmonijnej i bezkonfliktowej koegzystencji. Chyba że mówimy o wielopokoleniowej rodzinie mieszkającej w skrzydle A i skrzydle B rezydencji wielkości transatlantyckiego liniowca, z szalupami domków dla gości na spokojnych wodach rodzinnego pożycia. Stopy wody pod kilem zatem lub niskich stóp kredytowych!

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ