ŻYCIE JEST SZTUKĄ / ROZMOWA Z IRMINĄ NAZAR

European ArtEast Foundation rozpoczęła działalność w październiku ubiegłego roku w Londynie, co zbiegło się w czasie z największymi targami sztuki współczesnej, podczas których swoje kolekcje prezentuje przeszło 160 galerii z całego świata – Frieze Art Fair. Fundacja powstała, by dawać wsparcie młodym, wschodzącym artystom poprzez fundowanie grantów, produkcję albumów i książek, organizację wystaw, ale przede wszystkim, by promować artystów z Europy Wschodniej tworzących w okresie powojennym, w latach 50-70., dla których ponura rzeczywistość spowita cieniem żelaznej kurtyny i sącząca się z proscenium komunistyczna propaganda stanowiły dojmującą scenografię niewoli i poddania opresyjnemu reżimowi.

***

Na szczęście duch artysty jest tym bytem, który wzbijając się ponad dogmaty, ideologie i linie demarkacyjne, unosi się nad materią niczym powiew rewolucyjnej myśli, okruch geniuszu, onieśmielająca odwagą wizja burząca utarte schematy. Wojciech Fangor, Tadeusz Kantor, Karel Appel, Imre Bak, Dora Maurer, Victor Vasarely, Wilhelm Sasnal to zaledwie wycinek wielkich nazwisk artystów, których prace zgromadziła w swojej kolekcji Irmina Nazar, założycielka European ArtEast Foundation, businesswoman, wizjonerka, partnerka i oczywiście… mama.

Wraz z życiowym partnerem wychowują czwórkę dzieci, ale gdybym miała tutaj pokusić się o liczby, obstawiam 300 nie jest to liczba Spartan ze słynnej ekranizacji komiksu Franka Millera. 350 to liczba dzieł sztuki znajdujących się w ich kolekcji, 300 to liczba słonecznych dni w roku na południu Francji, gdzie zdecydowali się osiąść na stałe i wreszcie 365 pomnożone przez 4 to liczba uśmiechów, którymi ich dzieci witają każdy, pełen twórczej pasji dzień.

Kim jest kobieta, którą wyszukiwarka Google pozycjonuje w sekwencji artykułów najbardziej prestiżowych magazynów o sztuce („Art Forum”, „ArtNews”, „Larry’s List”, „Independent Collectors”, „Russian Art & Culture”, „Parkett”, „Frieze”), wywiadów, których udziela światowej sławy domom aukcyjnym – Christie’s, Sotheby’s, oraz jako członkinię prestiżowego International Circle acquisition committee at Centre Pompidou? Jak mówią jej przyjaciele, „she is a life changing person”. Co to znaczy?

Irmina Nazar ma moc. Moc dostrzegania powiązań, których inni nie widzą, oraz moc kreowania otaczającej ją rzeczywistości zgodnie ze światem swoich wewnętrznych przekonań, aspiracji, marzeń. A te marzenia od dziecka związane były ze sztuką. Dziś sztuka wypełnia jej życie i nadaje mu kierunek, a ona sama korzysta z każdej możliwości, by pogłębiać swoją wiedzę, uczyć się od najlepszych, czerpać z doświadczeń i wiedzy autorytetów, kuratorów, dyrektorów muzeów. Jak sama mówi: „10 lat temu patrzyłam na obraz i czułam, dziś również czuję, ale i wiem. Rozumiem, dlaczego farba została nałożona w taki, a nie inny sposób, jaki to okres w twórczości danego artysty. To fascynująca droga do wyższych poziomów świadomości i wtajemniczenia”.

Irmina Nazar konsekwentnie buduje swoją pozycję silnej i zaangażowanej kobiety w kolekcjonerskim świecie. Konsekwentnie unika też wywiadów niezwiązanych z zagadnieniami dotyczącymi świata sztuki. W stosunku do polskich mediów jest wyjątkowo wymagająca, wysoko ceniąc sobie prywatność, swój świat kreuje poza granicami Polski, od Paryża, przez Londyn, po Kapsztad i Nowy Jork, ale i poza granicami czy schematami myślenia.

Dla nas zrobiła wyjątek, bo znaleźliśmy klucz do jej serca, a jest on wspólny dla wszystkich matek – dzieci! Dzięki temu magazyn MINT ma ogromną przyjemność porwać Was do świata sztuki, wypełnionego wizualnym bogactwem, intelektualną charyzmą, energią abstrakcyjnych dzieł, ale i do prywatnych przestrzeni, gdzie toczy się, a może raczej należałoby powiedzieć, wibruje i drga, życie rodzinne tej niezwykłej kobiety – kolekcjonerki – oraz jej dzieci, otoczonych miłością i sztuką.

Wywiad z Irminą Nazar

Jak sama mówisz, prawie każdy z wywiadów, które udzielasz magazynom związanym ze sztuką, otwiera pytanie o początki przygody z kolekcjonerstwem. O to, co było impulsem, który spowodował, że zdecydowałaś się tak głęboko zaangażować w sztukę, o Twoje pierwsze inwestycje, o artystów, którzy Cię zainspirowali. My, jako magazyn spoza tego nurtu, zapytamy przewrotnie, czy jesteś w stanie zamknąć oczy i wyobrazić sobie siebie, Twoją kolekcję i fundację za powiedzmy 30 lat? Co byłoby dla Ciebie ukoronowaniem tej drogi?

30 lat… To bardzo odległy horyzont, ale jestem przekonana, że ogromną satysfakcję dałaby mi świadomość, że na przestrzeni tych lat nasza fundacja – European ArtEast Foundation – przyczyniła się do wypromowania artystów z Europy Wschodniej, którzy tworząc w latach powojennych, między 50-70., nie mieli narzędzi, by przebić się na drugą stronę żelaznej kurtyny, poczynając od odpowiedniego mecenatu, na znajomości języka kończąc. Dora Maurer, pochodząca z Węgier artystka tworząca obrazy, grafiki, instalacje, opierające się na analitycznych regułach konceptualnych, z którą miałam okazję przeprowadzić niezwykle inspirującą rozmowę, nie mogła uzyskać nawet dyplomu ukończenia uczelni wyższej. Zbuntowana i nowatorska, wyprzedzająca swoją epokę, widziała więcej niż inni, a cenzura i komunistyczna propaganda, czego nie rozumiała, na wszelki wypadek zamykała pod kluczem.

Jeśli więc miałabym nazwać swoje marzenie jednym słowem, to brzmi ono – MUZEUM. Muzeum Sztuki Europy Wschodniej, godna reprezentacja twórczej myśli i artystycznej ekspresji z tego regionu, zgromadzona pod jednym dachem, przywrócona szerokiemu gronu odbiorców.

Swoimi działaniami dziś staram się też otwierać drzwi młodym artystom z Europy Wschodniej, z krajów, gdzie kultura bywa niedofinansowana, a struktury mające ją wspierać nie działają zbyt prężnie. Jako organizacja wyszukujemy wschodzące talenty w danym regionie i roztaczamy nad nimi opiekuńcze skrzydła. Nasza kuratorka Maria Rus Bojan, związana z londyńską TATE Modern i International Association of Art Critics (AICA), jest cennym wsparciem dla naszej fundacji ze swoją wiedzą i niezwykle wnikliwym podejściem do świata sztuki.

Mam też skrytą nadzieję, że nasze dzieci, może chociaż jedno z nich, na co dzień obcujące ze sztuką, zechcą kontynuować naszą pracę, widząc w tym sens, czerpiąc z tego radość i mnóstwo satysfakcji. Uważam, że edukowanie i oswajanie dzieci ze sztuką należy zacząć już na pierwszym etapie ich rozwoju, wtedy gdy ich ciekawość świata i chęć eksploracji jego piękna jest niczym nieskrępowana, nawet edukacją, jest wręcz pierwotnym instynktem kreacji. Jestem właśnie w fazie powoływania do życia szkoły dla dzieci uzdolnionych artystycznie, bardzo angażuję się w ten projekt, bo widzę, jak moje dzieci, ale również dzieci moich przyjaciół, na przykład 12-letnia dziś Dasza, raz zaszczepione pasją tworzenia, w krótkim czasie nie są w stanie bez niej się obejść, szukając dla siebie najbliższych im form ekspresji. Dasza w malarstwie, a młodsze dzieci w rzeźbieniu z gliny czy nawet robieniu naszyjników z muszelek i koralików.

Dzieci i sztuka to temat, który ostatnio zajmuje szczególnie dużo miejsca na łamach naszego magazynu. Wierzymy, że sztuka w życiu dziecka jest równie ważna, jak w życiu dorosłego człowieka. Przecież już na etapie baśni i ludowych przypowieści staje się pierwszą lekcją życia, a później często staje się w tym życiu przewodnikiem. W sztuce każdy, i mały, i duży, przegląda się jak w zwierciadle. To rozwija osobowość i podnosi nasze kwalifikacje społeczne, budzi uczucia, spontaniczne reakcje, wyzwala przyjemność. Jak Twoje dzieci, obcujące ze sztuką na co dzień, reagują na nią? Czym jest ona dla nich? Oczywistym elementem codzienności czy jednak pewną tajemnicą, baśniowymi drzwiami do Narnii, gdzie kreatywność artysty zderzona z nieujarzmioną dziecięcą fantazją spotykają się, by za każdym razem wywołać nowe reakcje?

Nasze domy są wypełnione sztuką. Obrazy, rzeźby, instalacje są ich naturalną częścią. Można je znaleźć w ogrodzie i w każdym z pomieszczeń. Celebrujemy sztukę poprzez wprowadzanie jej do naszej codzienności. Czynimy ją nam bliską, nadając jej nie tyle status przedmiotu codziennego użytku, co stałej części naszego najbliższego otoczenia. W ten sposób zgromadzone przez nas dzieła sztuki towarzyszą nam każdego dnia i cieszą nas, wprowadzając niesamowitą energię nieskrępowanej artystycznej ekspresji do naszego życia. Otaczamy się sztuką, rozmawiamy o niej, dzieci mogą dotykać naszych zbiorów, oglądają albumy o sztuce, a niektóre z prac mają w swoich pokojach. Pięcioletni Alex dzieli pokój z obrazem Arka Noego namalowanym przez Magdalenę Shummer Fangor, żonę Wojciecha Fangora. Jest to sporych rozmiarów olej na płótnie i cieszę się, że Alex układa pod nim swoje konstrukcje z klocków lub rozwiązuje logiczne łamigłówki. Zresztą, à propos twórczości żony Wojciecha Fangora, przypomina mi się zabawna anegdota, której mimowolnym bohaterem stał się właśnie mój 5-letni syn. Często gościmy u siebie znajomych i przyjaciół z zagranicy, których zwyczajowo oprowadzamy po domu, by mogli poznać część naszej kolekcji, również w ten sposób chcemy przybliżyć im twórczość artystów z Europy Wschodniej, ponieważ często jest to ich pierwszy kontakt ze sztuką z tej części świata. Pewnego dnia, gdy mieliśmy właśnie gości, a ja byłam zajęta w kuchni, Alex przejął honory pana domu i zapoznawał ich z naszymi zbiorami. W salonie naszego podwrocławskiego domu znajduje się między innymi praca Zachary’ego Armstronga, krokodyl stojący na tylnych łapach, z czego jedna jest protezą. Nieco uczłowieczony gad ubrany jest w pomarańczową kurtkę i czarny beret. Dość charakterystyczny obraz tego artysty, który często maluje komiksowe dinozaury przywodzące na myśl motywy z tapet w dziecięcych pokojach. Wracając do Alexa, który na ten wieczór postanowił zostać kuratorem domowej wystawy, na pytanie któregoś ze znajomych o autora obrazu z pełną powagą odpowiedział: „Fangor!”. Gdy jednak gość poddał tę odpowiedź w wątpliwość, niezrażony odpowiedział po chwili: „Nie, nie, to jednak żona Fangora!”.

Uświadomiłam sobie wtedy, że obraz Arka Noego, właśnie jej autorstwa, sprawił, że Alex odruchowo kojarzy zwierzęta na płótnie z pracami Magdaleny Shummer Fangor, czyniąc z niej ekspertkę od gadów, płazów i ssaków. Ta dziecięca zdolność do szukania nieskrępowanych konotacji między tym, co znają, a tym, czego się właśnie uczą, nieodmiennie mnie fascynuje.


Rozmawiała: Magdalena Maskiewicz / Zdjęcia: Pospieszni Fotografia

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ