ROZMOWA: Z JUSTYNĄ NAGŁOWSKĄ / SCENARIUSZ NA ŻYCIE

My home is my castle – tak mawiają zdystansowani z natury Brytyjczycy, których tyleż nieprzemakalny, co zdawkowy uśmiech ma za zadanie chronić przed wtargnięciem obcego za drzwi spokoju ich ducha. Czy w czasach mediów społecznościowych, z którymi zaczynamy i kończymy każdy kolejny dzień, publikując migawki codzienności, prywatność jeszcze w ogóle istnieje? Czy dziś samotne spacery, gubiące ten status już na pierwszym przystanku zwanym InstaStory, podczas których nie przystajemy po to, by podejrzeć wiewiórkę w parku lub zawiązać sznurowadło, ale by wysłać relację przez smartfona do tysięcy par smartoczu, mają jeszcze sens? Instagram jest ostatnią z przestrzeni, w której ktokolwiek spodziewałby się znaleźć prawdę. A jednak! Ja znalazłam tam Justynę Nagłowską i wpadłam głębiej niż w sofę z Ligne Roset. Zobaczyłam kobietę pełnokrwistą, pełną kontrastów, w tysiącach odsłon, bez zadęcia, wypięcia, napompowanego ego i ust. Można? Można!

***

Who’s that girl? Nie bez powodu przywołuję hit Madonny z lat 80., bo Justyna to pokolenie obecnych nie tyle 30+, co 40-. Ale więcej minusów nie będzie. Będą same plusy i to dodatnie, bo właśnie po trzydziestce, a czasem bliżej czterdziestki, udaje nam się złapać drugie życie, ale zdecydowanie pierwszej jakości.

Co mówi Instagram Justyny? Już sam fakt, że mówi, a nie tylko pokazuje, jest wymowny. Ja widzę tam kobietę, matkę, partnerkę, która w każdej z tych ról łapie cudowny balans, czy to w niebotycznych szpilkach w świątyni próżności i z press wallem w tle, czy w rozdeptanych hawajanach, w pokorze ducha i przed posągiem bóstwa Hindu Bali.

Magazyn MINT zaprasza Was do domu, który scenarzystka dzieli z aktorem, gdzie nikt nie kręci, chociaż życie wiruje i drga bez przerwy. Twórczy ferment, ona, on, jej dwie córki i jedna jego oraz pies. Pies wabi się Wena, a co się dzieje, gdy w artystycznym domu weny brak, mówić nie trzeba… O całej reszcie opowie Wam Justyna. Bez retuszu i pończochy na obiektywie. Prawdziwie.

Wywiad z Justyną Nagłowska

MINT: Masz ponad 10,7 tys. followersów na instagramie, a pod większością zamieszczanych przez Ciebie zdjęć toczą się ożywione dyskusje. Kobiety piszą u Ciebie i do Ciebie. Otwierają się przed Tobą niejako w rewanżu za to, że sama odsłaniasz przed nimi nierzadko miękkie podbrzusze, jak wtedy, gdy napisałaś, że jesteś w terapii dla osób współuzależnionych. Nie pudrujesz rzeczywistości, chociaż byś mogła, nie gloryfikujesz macierzyństwa, chociaż wypada, zwłaszcza w kraju mitu matki-Polki. Jesteś sobą i tym wygrywasz. Jakie to uczucie?

Justyna Nagłowska: Dobre. Jestem w procesie, jestem w drodze, ale już mogę powiedzieć – choć asekurancko mam nadzieję, że nie zabrzmi to nazbyt buńczucznie i pewnie siebie – że lubię osobę, którą się staję. Przeszłam długą drogę do momentu, w którym jestem, i nie była to droga po czerwonym dywanie czy usłana różami. Była wyboista i potykałam się wiele razy. Dziś daję więc sobie prawo, by powiedzieć: „Dobra robota, mała! Tak trzymaj”, a siniaki wnet się zagoją. Mam na nie kompres. To spełnienie. Poczucie życia w zgodzie z samą sobą. Świadome macierzyństwo. Dobry związek. Mam tyle powodów do radości i wdzięczności. Myślę, że wiele z nas je ma, ale czasem nie jesteśmy w stanie ich dostrzec, a to bardzo ważne. Ważne, by umieć się zatrzymać i zwerbalizować pewne uczucia. Ja tworzę swój świat przez słowo, wiem, że rzeczy nazwane uzyskują moc sprawczą, wdrukowują się w nasz umysł i programują go. Być może dlatego jestem taką gadułą… Pamiętam, gdy po rozwodzie w chwili słabości łkałam, w głębi duszy myśląc: „Jestem samotną matką”. Aż nagle przyszło olśnienie – nie jestem samotną matką, tylko matką samodzielną! Mam rodzinę, przyjaciół, mam na kogo liczyć i mogę prosić o pomoc. To nie żaden wstyd ani oznaka słabości, to umiejętne zarządzanie zasobami, które ze swojej natury są ograniczone. Czas, siła, energia, entuzjazm, kreatywność, zaradność, empatia. Pokażcie mi człowieka, który ma ich za dużo. Samodzielna matka tym bardziej musi rozsądnie nimi gospodarować. Dlatego na moim Instagramie były wpisy o tym, że ubieram dres na piżamę, wioząc córki do przedszkola, że na ścianie w salonie poprzedniego mieszkania wisiały puste ramki, bo nie miałam czasu oprawić w nie zdjęć i że szuflada w kuchni miesiącami zionęła miksem słodyczy, przeterminowanych żeli antybakteryjnych, jednorazowych łyżeczek do lodów w kolorze fluo.

Wywiad z Justyną Nagłowska

Justyna – kobieta, matka, scenarzystka, partnerka. Nie uciekniemy od tego, życiowa partnerka Borysa Szyca. Co dał Ci ten związek, a co Ci zabrał?

Niczego mi nie zabrał. Staram się już nie skupiać na brakach, ten etap mam za sobą, mam nadzieję, bezpowrotnie. To również efekt terapii – mentalno-emocjonalny bilans: niedobory kontra dostatki. Przyjęłam inną optykę, teraz staram się skupiać na dostatkach, a nie zawsze tak było. Gdy podjęłam terapię, byłam mocno pogubiona. Szukałam spokoju, wiary w siebie, by móc realizować swoje plany i marzenia, które schowałam gdzieś głęboko w sobie. Chyba ze strachu. Bardzo się bałam, że i tak się nie uda, wiec przestałam próbować. Brałam od życia to, co ono mi dawało, ale nie czułam się spełniona i szczęśliwa. Borys przypomniał mi o moich marzeniach. 16 lat temu, jako bardzo młodzi ludzie tuż po studiach, byliśmy parą przez rok. I on pamiętał tamtą dziewczynę i jej pasję, i marzenia. Ja się z nią na pewnym etapie życia rozstałam, pożegnałam. Dopiero dzięki jego przypomnieniu i terapii udało mi się znowu nią stać. Terapia grupowa początkowo mnie przerażała. Nie lubiłam konfrontować się z ludźmi, wstydziłam się. Dziś wiem, że pokonanie tego strachu było jednym z ważniejszych kroków w moim życiu. Nowym otwarciem. Poznałam wspaniałe kobiety, które pragnęły tego samego co ja. Spokoju, spełnienia i samoakceptacji. Słuchając ich historii, uczyłam się życia. Nauczyłam się też tego, że istnieje bardzo dużo emocji. Kiedy je poznałam i potrafiłam nazwać, poczułam się bezpieczna. W końcu umiałam określić przed sobą i innymi, jak się czuję, czego potrzebuję, a czego nie chcę. Nauczyłam się też asertywności w stosunku do innych ludzi. Kiedyś oddawałam innym całą siebie i nic już nie zostawało dla mnie. Dziś uczę się sama zapewniać sobie komfort i lubię spędzać czas sama ze sobą. Dawniej, kiedy byłam sama, źle to znosiłam, lgnęłam do ludzi. Dziś uwielbiam mój prywatny czas bez dzieci, bez partnera i nigdy się nie nudzę, a jeśli już, to z wyboru. To ogromna ulga. Skupiając się na pozytywnych aspektach mojego życia, dostrzegłam, że „Jestem szczęściarą; tyle mam; życie tak hojnie mnie obdarowało”. Mam dwie cudowne i zdrowe córki, dom, w którym mogę żyć, mam siostrę i rodziców. Mam partnera, który mnie kocha, wspiera, inspiruje i… rozśmiesza. Tak, rozśmiesza, bo to bardzo ważne, by życie nie było za poważne. On czasami nawet nie musi nic mówić, wystarczy, że spojrzy. Podobno śmiech to zdrowie, jeśli to prawda, to mamy zapewnioną długowieczność.

Przy Borysie i jego dorobku artystycznym można wpaść w kompleksy i bywało, że odczuwałam związany z tym dyskomfort, ale to minęło i jego sukcesy zaczęły mnie zdrowo motywować. Znalazłam swoją drogę, a właściwie wróciłam na nią ze ścieżki, w którą zboczyłam. Obecnie pracuję nad scenariuszem serialu, który będzie silnie związany z social mediami. Uważam, że to ważny temat, nasza druga, równoległa rzeczywistość, w której uczymy się poruszać. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie można go zobaczyć, a mój partner po raz kolejny udowodni, że jest w stanie zagrać wszystko. Planuję również stworzyć sztukę teatralną opowiadającą historię pewnego związku, który zmaga się z chorobą alkoholową i współuzależnieniem. Tutaj będę jednak współpracować z drugą scenarzystką, bo to zbyt osobiste i wciąż żywe, by pisać tę historię samej. To temat słabo znany. Dla mnie bardzo ważny, dlatego chcę o nim opowiedzieć w teatrze. Korzystając z teatralnych środków wyrazu pokazać skalę emocji, które towarzyszą zdrowieniu, pokazać słabości i ich pokonywanie, walkę i upadki. Życie bez kolorowania i zatajania. Opiekę nad tym projektem obejmie moja terapeutka Marzena Pawlikowska, której metody pracy bardzo sobie cenię i która jest moją inspiracją.

Staram się dużo czytać, choć czasu wciąż zbyt mało. Coraz więcej moich przyjaciół pisze, więc chcę być na bieżąco, by nie wypaść z towarzyskiego obiegu. Czytam też scenariusze, które dostaje Borys. Mnie to interesuje, a on lubi znać moje zdanie. Przegadujemy przeczytane teksty, dzięki czemu sporo się uczę. Choć to on jest aktorem, w domu to ja czytam na głos. Lubi, jak mu czytam. Szczególnie, gdy jedziemy w jakąś podróż samochodem. Jeśli Borys akurat nie gra spektaklu i jest wieczorem w domu, wyręcza mnie, czytając dziewczynkom do snu. Wtedy ja, zamiast wylegiwać się w wannie i korzystać z czasu wolnego, kładę się z nimi i słucham… jak on czyta!

Cały czas się docieramy, mamy silne charaktery, więc czasem iskrzy, ale tak po włosku. Głośno, krótko i na temat. Nie lubimy „cichych dni”, nawet „cichych godzin”. Ja coraz mniej boję się żyć. To fajne uczucie nie bać się, wierzyć w samego siebie i w siebie nawzajem. Przy Borysie uwierzyłam w siebie mocniej, nie tylko jako człowiek, ale również jako kobieta. Inaczej się ubieram, czeszę, maluję. Podkreślam swoją kobiecość, mam większy apetyt na życie, również w jego damsko-męskiej odsłonie.


Rozmawiała: Magdalena Maskiewicz / Zdjęcia: Matyna Galla / Makijaż, fryzura: Dominika Renes

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ