MAMA PO CZTERDZIESTCE

Mówi się, że pierwsze dziecko najlepiej urodzić przed trzydziestym rokiem życia. Nasze mamy i babcie cieszyły się macierzyństwem zaraz po ukończeniu szkoły średniej, jednak z czasem górna granica wieku zaczęła się przesuwać.

Dostępne statystyki pokazują, że jeszcze w latach 70. średnia wieku kobiet rodzących pierwsze dziecko wynosiła 21 lat. Dziś w Polsce średnia wynosi 30 lat i ciągle rośnie. Taka zmiana nie dziwi. W krajach rozwiniętych pary największą wagę przykładają do zdobycia dobrego wykształcenia i znalezienia stabilnej pracy. Posiadanie dzieci odkłada się na tzw. bliżej nieokreśloną przyszłość. Katalizatorem takich zmian jest także postęp medycyny, umożliwiający przesunięcie naturalnych granic płodności nawet o dziesięciolecia. Dziś nikogo nie dziwią przypadki kobiet, które zachodzą w ciążę w wieku przedemerytalnym. Szokują już tylko skrajności. W 2007 roku świat śledził losy Marii del Car Carmen Bousada de Lara z Hiszpanii, która urodziła bliźniaki mając 67 lat. Dzieci zostały poczęte w wyniku sztucznego zapłodnienia w jednej z klinik w Los Angeles. Starając się zajść w ciążę, Bousada oszukała lekarzy, mówiąc, że ma 55 lat, a więc wiek graniczny, gdy – zgodnie z ustawodawstwem amerykańskim – można przeprowadzić tego rodzaju zabieg. Kobieta zmarła w 2009 roku, przegrywając walkę z chorobą nowotworową, która uaktywniła się po porodzie. Bousada osierociła niespełna trzyletnie dzieci.

Pomijając skrajne przypadki, jak późne macierzyństwo wygląda naprawdę? Postanowiliśmy to sprawdzić, spotykając się z trzema cudownymi mamami: Magdą, Alicją i Niną. Każda z moich rozmówczyń udowodniła, że metryka to tylko nic nieznaczący zapis, a młodość ma różne oblicza.

NIGDY NIE MÓW NIGDY

Alicja to moja sąsiadka. Poznałyśmy się kilka miesięcy temu przy okazji porannych sesji z nordic walking w Parku Chorzowskim.

Po raz pierwszy Alicja zaskoczyła mnie, kiedy powiedziała, ile ma lat. Rozmawiałyśmy godzinami, wiedziałam, że jest ode mnie starsza, ale myślałam, że ma 37-38 lat. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pomyliłam się o całą dekadę! Alicja to przepiękna, wysoka, szczuła blondyna o hipnotyzujących orzechowych oczach. Krótkie włosy i chłopięca sylwetka sprawiają, że wygląda młodo i figlarnie. Moja rozmówczyni to nauczycielka języka niemieckiego, obecnie pracująca w domu jako tłumacz. Jest szczęśliwą mamą 18-letniej Oli i dwuletniego Filipa. Jej droga do szczęścia była kręta i wyboista. – Kiedy miałam 30 lat powiedziano mi, że nie mogę mieć dzieci. Staraliśmy się o dziecko prawie pięć lat, bezskutecznie – wspomina. – Próby zajścia w ciążę stały się dla mnie źródeł frustracji, z czasem depresji. Czułam się wybrakowana, niekompletna, gorsza. Nie pomagały zapewnienia męża o mojej wyjątkowości. Czułam się nikim – mówi. W wielu 32 lat Alicja z mężem Jerzym zaadoptowali córkę. – Na początku nie byłam przekonana. Wiedziałam, że to wielka odpowiedzialność i ryzyko. Jednak instynkt macierzyński wygrał. Kiedy poznałam Olcię, miała trzy lata. Zawsze twierdziłam, że nie ma czegoś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia, ale w niej zakochałam się bez pamięci – opowiada. Procedurę adopcyjną moja rozmówczyni wspomina dobrze. – Półtorej roku trwały formalności. W końcu, jesienią, Ola została naszą córeczką.

Alicja była pewna, że Ola pozostanie jedynaczką. Całą swoją miłość, pasję i radość przekuła w wychowanie córki, tegorocznej maturzystki. – Kiedy się dowiedziałam o ciąży? Podczas rutynowych badań ginekologicznych – wspomina ze śmiechem. – Pierwsze symptomy przekwitania pojawiły się, jak skończyłam 40 lat, wcześnie, jak to u nieródek bywa.  Okres przestał być regularny, przytyłam, czułam się wiecznie zmęczona. Kilka tygodni przed moimi 44 urodzinami poszłam zrobić badania. Od kilku miesięcy nie miałam miesiączki. Kiedy Pani Doktor powiedziała, że jestem w ciąży, myślałam, że to ponury żart. Zaczęłam się nawet z nią kłócić – dodaje. Alicja zaszła w swoją pierwszą ciążę w wielu 44 lat. – To był najbardziej szalony czas w moim życiu. Uczucia radości, strachu, paniki, niepomiernej miłości przepływały przeze mnie każdego dnia. Robiłam wszystkie badania, pilnowałam się, a mąż, jakby mógł, to nosiłby mnie na rękach – wspomina. Ciąża Alicji przebiegła książkowo. Mając nieskończone 45 lat urodziła zdrowego syna Filipa. – Nasz syn to drugi cud. Pierwszym jest Ola. Rodząc dziecko odmłodniałam o co najmniej 10 lat. Nagle poznałam zapach kupy, problem laktacji i nieprzespanych nocy. Już w trakcie ciąży zrezygnowałam z pracy w szkole. Postanowiłam zostać w domu. Ola i Jurek byli dla mnie największym wsparciem. Razem przeszliśmy przez to – dodaje z dumą. Pytam Alicję o negatywne komentarze i złośliwości, z którymi się spotkała. Po chwili namysłu odpowiada: – Chyba najbardziej sama siebie krytykowałam i wpędzałam w kompleksy. Czułam, że jestem za stara, że będę babcią na wywiadówkach, że będę wytykana palcami. Nic takiego się nie stało. Rodzina i znajomi wiadomość o ciąży przyjęli z niesamowitym entuzjazmem. Pamiętam tylko jedną sytuację, kiedy byłam na spacerze z Olą i Filipkiem i spotkaliśmy nasze sąsiadki, które zapytały wprost, czy to wpadka Oli. Na początku pytanie mnie zbulwersowało, dziś jest rodzinną anegdotą – dodaje z uśmiechem.

ŚWIADOMA MAMA

Z drugą mamą rozmawiam telefonicznie i mailowo. Pracujemy w jednej branży. Magda jest kierownikiem PR i komunikacji  Digital w dużej, znanej firmie. Jest szczęśliwą mamą dwudziestoletniego syna i dziewięcioletniej córeczki. Ma 49 lat.

W przypadku Magdy macierzyńska droga potoczyła się odwrotnie niż w przypadku Alicji. – O pierwszym dziecku zadecydował los – wspomina. Miałam wówczas 29 lat i moja kariera zawodowa nabierała tempa. Wiadomość o ciąży była zaskoczeniem.  Choć bardzo się cieszyłam, że będę mieć dziecko, to prawda jest taka, że mojego syna wychowały nianie. Spieszyłam się do powrotu do pracy, mój urlop macierzyński trwał tylko sześć miesięcy. Wróciłam do firmy i rzuciłam się w wir obowiązków, podróżowałam po świecie – wyznaje. Pytam, czy było ciężko. – Oczywiście, że tak. Miałam poczucie, że tracę dzieciństwo mojego syna. Dziś wiem, że nie da się nadrobić pierwszych lat, gdy dziecko poznaje życie, otoczenie i bardzo potrzebuje rodziców do tego, żeby je w tę rzeczywistość wprowadzali. Nie da się tego nadgonić w weekend albo późnym wieczorem, bo dziecko już śpi…

Na decyzję o drugim dziecku Magda musiała poczekać kolejną dekadę. Tym razem była to świadoma i przemyślana decyzja. Jak to jednak w życiu bywa, kiedy się bardzo chce, to ciąża nie przychodzi od razu. – Przez dwa lata staraliśmy się o dziecko. Wiedziałam, że tego chcę i że to ostatni moment na podjęcie decyzji. Poza tym zdawałam sobie sprawę, że zajście w ciążę w dojrzałym wieku nie jest łatwe. W końcu udało się. Córka urodziła się na moje czterdzieste urodziny – opowiada.

Sama ciąża też nie należała do najlżejszych. – Przy pierwszym dziecku, gdy teraz o tym myślę, byłam bardziej beztroska i pracowałam do ostatniego dnia przed – niestety – przedwczesnym porodem, który wynikał ze zbyt intensywnego trybu życia. W drugiej ciąży po 6 miesiącu czułam się zmęczona, osłabiona fizycznie i nie walczyłam z tym.  Bałam się o zdrowie dziecka, więc dbałam o siebie. Gdy zaczęły się kłopoty ze zdrowiem, lekkie przeziębienie czy bóle brzucha – natychmiast odpoczywałam. Skorzystałam z L4, gdy  wyniki badań pogarszały się i lekarz zalecił zwolnienie tempa. Relaksowałam się, chodziłam na spacery, dużo spałam. Przy drugim dziecku chuchałam na zimne i delektowałam się ciążą, a potem macierzyństwem – dodaje.

Jakie więc było to macierzyństwo? – pytam. – Wiesz, zdecydowanie późne macierzyństwo jest bardziej świadome i spokojniejsze. Dojrzała kobieta wie, co w życiu jest naprawdę ważne.  Inaczej ustawiłam priorytety. Tym razem mój urlop macierzyński trwał  prawie dwa lata, a nie pół roku.  W czasie tych 2 lat miałam też więcej czasu dla syna i bardzo to było mi też bardzo potrzebne.  Jako dojrzała kobieta słucham siebie, a nie kieruję się tym, co mówią o mnie inni. Poza tym czuję się młodo, a dziecko dodało mi energii. Teraz z 9-letnią córką, pływam, jeżdżę na łyżwach, na nartach, jestem aktywniejsza, dbam o siebie – także dla niej – mówi z entuzjazmem moja rozmówczyni. – Żałuję tylko jednego – dodaje po chwili. – Żałuję, że wcześniej nie podjęłam decyzji o drugim dziecku. Być może miałabym  dziś trójkę, o czym zawsze marzyłam.

NICZEGO NIE ŻAŁUJĘ

Moja ostatni rozmówczyni, Nina, ma dziś 50 lat i ośmioletnią córkę Agnieszkę. Jest dyplomowaną pielęgniarką w jednym z wrocławskich szpitali specjalistycznych. O sobie mówi, że jest niezniszczalna.

– Życie mnie zahartowało, a jak wiadomo – co nas nie zabije, to nas wzmocni – zaczyna swoją opowieść. – O dziecko staraliśmy się 15 lat. Lekarze byli bezradni, mówili, że jestem zdrowa, mój mąż był zdrowy, a jednak coś nie działało. Dziś tyle się mówi o sztucznym zapłodnieniu, dla mnie to był szklany sufit. Z pensji pielęgniarki i urzędnika mogłam tylko pomarzyć o drogim leczeniu i in-vitro. Cały czas modliłam się i wierzyłam, że moje prośby zostaną wysłuchane – wspomina.

Nina straciła pierwszą i drugą ciężę. – Kiedy miałam 35 lat poroniłam po raz pierwszy. Z jednej strony to była dla nas niewyobrażalna tragedia, z drugiej pomyślałam: działa, jest szansa, będziemy próbować do skutku. Po roku zaszłam w drugą ciążę. Niestety, dziecko straciłam w 18 tygodniu. To mnie załamało. Wiedziałam, że jeśli poronię po raz trzeci, to skończę w zakładzie psychiatrycznym. Nie było mi łatwo – opowiada. Nina, jako pracownik służby zdrowia, cały czas była w kontakcie z lekarzami. Po drugim poronieniu odwiedziła też bioenergoterapeutę oraz znachora specjalizującego się w medycynie chińskiej. – Uczyłam się oddychania, piłam ziółka, ćwiczyłam, przemeblowałam dom. W pewnym momencie poczułam, że zaczynam popadać w paranoję. Moje małżeństwo wisiało na włosku, moje zdrowie psychiczne też wiedziałam, że dotykam dna. Wtedy odpuściłam. Na trzy lata zaniechaliśmy starania o dziecko. Dziś z perspektywy czasu wiem, że to była najlepsza decyzja, która pomogłam nam odbudować małżeństwo i wrócić na właściwy tor – dodaje.

Kolejną próbę zajścia w ciążę Nina podjęła w wieku 41 lat. – Co ma być to będzie – tak stwierdziliśmy. Udało się za trzecim razem. Byłam szczęśliwa i spanikowana, prawie zamieszkałam w szpitalu. Z każdą, najdrobniejszą rzeczą chodziłam na konsultacje. Nasi ginekolodzy nie mogli już na mnie patrzeć – mówi z uśmiechem.  W wieku 42 lat Nina urodziła córkę. – Poród i połóg to była tragedia. Miałam zaplanowane cesarskie cięcie. Po porodzie długo dochodziłam do siebie, wszystko mnie bolało, nie mogłam chodzić, nie mogła jeść, nie mogłam cieszyć się naszą córeczką.  Znalazłam w sobie jednak tę siłę, bo wiedziałam, że czekałam na ten czas całe życie. Dziś wiem, że to było największe błogosławieństwo.

Nina wychowuje córkę samotnie. Jej mąż zmarł na raka trzy lata temu. – Daję radę. Jestem szczęśliwa, nie narzekam. Wiem, że są ludzie, którzy mają gorzej. Czasem jest mi ciężko, ale – z drugiej strony – komu nie jest? Doceniam każdą chwilę i niczego nie żałuję – dodaje na zakończenie.


Autor: Anna Kulawik

Felietonistka, specjalistka ds. PR, przedsiębiorczyni, właścicielka marki modowej soxy.pl. Na co dzień pomaga firmom w budowaniu wizerunku. Prywatnie żona, przyszła matka. Miłośniczka psów i kotów. Świeżo upieczona mama Henia.

Zdjęcie: Freepik

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ