„Tym, które nie obawiają się wątpliwości, tym, które pytają dlaczego, nie ustając w trudzie, płacąc cierpieniem i śmiercią. Tym, które stają przed dylematem – dać komuś życie czy zaniechać tego – ta książka jest poświęcona, przez pewną kobietę, wszystkim innym kobietom”.

Na oryginalnym wydaniu „Listu do Nienarodzonego Dziecka” Fallaci, ćwiczyłam tryb przypuszczający Congiuntivo. Nie jest to dobry tryb do rozmowy o macierzyństwie, bo wieszczy końcowy brak sukcesu. Tak było i w przypadku Fallaci, która choć nigdy tego nie potwierdziła, ów list uczyniła zapisem swoich bolesnych wspomnień. Dlatego dziećmi nazywała swoje książki, pokazując światu, tym samym, oblicze fanatycznie troskliwej i machającej ręką na wszelką krytykę, matki.

               Fallaci wiele w życiu widziała, wiele przeżyła, większość z tego umiejętnie opisała. Złośliwi powiedzą, że najwierniej opisała to, czego faktycznie osobiście nie doświadczyła. Jej „lingua tagliente”- ostry język, ciął opisywaną rzeczywistość bez sentymentu. Pisała soczyście, mocno, prosto z trzewi. Czasem zbyt patetycznie, czasem na wyrost, co chętnie podchwytywali lewicowi złośliwcy, jak Michele Sera, przedrzeźniając jej styl: „Zwymiotowałam: raz, dwa, trzy, cztery razy.” Tutaj akurat się nie pomylił, latami żyła z nowotworem, którego na zmianę, rozpuszczała chemią, topiła w szampanie, okadzała dymem papierosów. Poza chorowaniem, czasem też pisała. Zostawiła po sobie książki, artykuły, wywiady. Swoje dzieci, z wdrukowanym DNA przenikliwej myśli, bezkompromisowej krytyki i kunsztu języka. Była obrażalskim narcyzem, chowającym się w swojej „splendid isolation” na nowojorskiej Eastside, a gdy świat nie przyklaskiwał jej poglądom, dmuchała mu z pogardą w nos dymem z ulubionych LARK’ów. Miała jaja, nerwy zahartowane na wojnie i mnóstwo wątpliwości będąc w ciąży.

   Co mają zrobić te z nas, którym określenia childless, a nawet childfree, nie wydają się trendy?

Muszą zadowolić się parą jajników, charakterem, może nie spolegliwej jałówki, ale i nie rozjuszonej bawolicy i wiarą, że po śmierci będziemy żyć w naszych dzieciach.

„Dać komuś życie, czy zaniechać tego?” Sam fakt posiadania takiego wyboru dużo mówi o czasie i miejscu, w którym żyjemy. Cieszę się, że mogłam wybrać i że w morzu zaniechań, tym razem nie zaniechałam. Wierzę w siłę kobiet i w ich mądrość. Wierzę w sens ich wyborów. Każdego wyboru. Moje trzy trymestry dedykuję trzem kobietom.

Pierwszy TrymestrJulia

               Julia przyjechała do mnie z Berlina wraz z garnkiem zupy rybnej z restauracji przyjaciela mojego męża i swoją historią, która nie okazała się już tak lekkostrawna. Zupa była emanacją pierwszej ciążowej zachcianki, Julia była za to zaprzeczeniem dotychczasowych, sercowych wyborów naszego znajomego. Oczekiwałam silikonowej Lolity, a dostałam piękną, mądrą, młodą kobietę, która zdemolowała moje uprzedzenia, gdy tylko przekroczyła próg.

               Ojciec Julii sypiał z jej matką, która tak się złożyło, nie była wtedy jego żoną. Później, tym bardziej nie.

Bycie dzieckiem „tej drugiej”, to rzadko wymarzony start, zwłaszcza gdy w wyścigu o lepsze życie podkłada się nogę własnej matce.

Trudno obarczać dzieci winą za błędy rodziców, co nie znaczy, że za nie nie płacą. Zawsze płacą. Ojciec Julii też lubił płacić – na wieść o ciąży, natychmiast odliczył plik banknotów na skrobankę, po czym z właściwą sobie wprawą, wślizgnął się z powrotem w swoje wygodne życie i jeszcze ciepłe małżeńskie łóżko. Matka Julii nie wzięła pieniędzy, czym bardzo rozczarowała ojca Julii, a jeszcze bardziej rozsierdziła niemiecką położną, gdy kilka miesięcy później wijąc się i krzycząc gniotła jej starannie wykrochmalone prześcieradła. „Głupia Polka” – dudniło jej w głowie, gdy ze szpitalnym zawiniątkiem, wprowadzała się do przesiąkniętego wilgocią mieszkania komunalnego w Berlinie, sprowadzając swoje życie i życie nowonarodzonej córki do rozmiarów minimum socjalnego.

                Gdy kilka lat temu ojciec Julii dojrzał na tyle, by wreszcie stanąć z nią twarzą w twarz i dołożyć się do stypendium na dobrej, europejskiej uczelni, nie omieszkał nadmienić, że zawsze chciał mieć syna, któremu w przyszłości przekaże swoje budowlane imperium. „Kobieta w tej branży jest jak świnka morska – ani świnka, ani morska.” Julia dostała się na architekturę w Wiedniu z jedną z najwyższych not, przechodziła przez egzaminy jak burza, nocami klejąc makiety i ślęcząc nad projektami w programach CAD. Kierowała nią szczera i głęboko zakorzeniona chęć rozpieprzenia w drobny mak „terrarium”, w którym ojciec i jemu podobni umieszczali kobiety.

               Garnek po zupie rybnej zasychał obok zlewu, podczas gdy mi zaschło w ustach i skasowało elokwencję. Julia była niesamowitą mieszanką kiełkującej kobiecości i emocjonalnej głębi. Za grubymi oprawkami okularów Alaina Mikli kryło się spojrzenie, które prześwietlało na wylot, jak Fitzgeraldowskie oczy dr. Eckleburga. Jej pozbawiona makijażu twarz nie traciła na wyrazistości, przeciwnie, zmysłowo zadziorna, zdradzała uśmiechem błądzącym w kącikach ust, że wie, jakie wrażenie robi na ludziach, jednocześnie przyjmując to jakby od niechcenia, jak gdyby piękno i młodość były najbardziej naturalnym stanem, a nie krótkim, przejściowym etapem ludzkiej kondycji. Patrząc na nią, nie czułam ukłucia zazdrości, lecz chęć, by wziąć ją w ramiona i wymazać z jej pamięci smutne dzieciństwo.

Kieliszkiem Sancerre i wody z cytryną, wzniosłyśmy toast – „Za przyszłość”

 

Drugi Trymestr – Alicja

– Jesteś na to gotowa?- koleżanka dyszy w moją stronę, usiłując usadzić przy stole dwójkę swoich dzieci, każde przed parującym talerzem makaronu. Gdy bierze się do ścierania parmezanu, wsuwam się głębiej w wełniany golf, naciągając go pod same oczy.

– Gotowa? Co masz na myśli? Zapasy wody pitnej i worki z piaskiem? – prycham przez sweter.

– No wiesz, chodzi mi o to, że na początku jest fajnie, nawet jak jest ciężko, w końcu to tylko zarwane noce, kolki, wyrzynające się zęby i lista szczepień dłuższa niż karta win w zacnej knajpie, ogólnie jednak pielęgnacja. Do ogarnięcia. Ale potem… Potem zaczyna się czas pytań. Pogłębionych. Ja ostatnio dostałam takie: „Mamo, dlaczego ty nie chodzisz do pracy?” I co mam odpowiedzieć? Że dziadziuś, który po niedzielnym obiadku buja ich na kolanie, podsuwał mi weksle in blanco i uszczęśliwił kilkoma prezesurami? Jak miałam nie podpisać? Zaraz by było, a co, ojcu nie ufasz? No to zaufałam. Jak można zrobić coś takiego własnemu dziecku? Na słupa bierze się żula spod nocnego!

– No, można jeszcze wziąć małżeństwo Plichtów – usiłuję wbić klin w strumień świadomości przyjaciółki, ale natychmiast żałuję wysunięcia głowy, dostając po nozdrzach parmeńską skarpetą.

– Po biznesach ojca została mi góra spraw sądowych, bujna korespondencja z komornikami i refluks. Zajebisty pakiet startowy, co?

Klepię Alicję po ramieniu, na którym dynda jej kraciasta ścierka w plamach sosu pomidorowego i wzrokiem wskazuję taras, czując nadchodzącą kompromitację spektakularnym pawiem, który już dawno straciłby status porannego. Z drugiej strony, patrząc na to, co dzieje się na stole, przy którym biesiadują jej dzieci, wątpliwe, by ktoś zauważył różnicę.

– Zalatuje patologią?- dystans Alicji do drugiej ciąży, w którą zaszła, zanim odstawiła od piersi pierwsze dziecko, jest godny szacunku. Nic dziwnego, że słabo zarejestrowała moment poczęcia. Jej mąż za to idealnie trafił w didaskalia powieści kryminalnych – znalazł się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Przez pierwsze tygodnie drugiej ciąży, przemykał pod ścianami jak pies, który właśnie wypatroszył nową kanapę. Wkrótce jednak wygodna kalkulacja podpowiedziała Alicji, że drugie dziecko może być doskonałą wymówką dla braku jakichkolwiek ambicji, by zostać korporacyjną pogromczynią.

Nie przewidziała tylko, że gdy zakończy już występy przed sądem gospodarczym –  przyjdzie jej stanąć twarzą w twarz z najsurowszym sędzią – własnymi dziećmi. 

 

Trzeci trymestrPaulina

                W nowych szatach w rozmiarze „L”, które obnoszę ze zbolałą miną niczym szkarłatną literę, prężę się na zajęciach w szkole rodzenia, nie przyznając porodowym prymuskom, że już dawno wybrałam drogę na skróty. Wygibasy przerywa dzwonek komórki, a Mediolański kierunkowy zapowiada emocjonalną relację z rajdu po Via Monte Napoleone lub pełną skruchy spowiedź z cielesnych bezeceństw. Każdy z tych powodów jest wart odebrania.

Zwyczajowo zachrypnięty głos przyjaciółki, który pasowałby do ciężkich, aksamitnych zasłon, zadymionego klubu jazzowego w Greenwich Village, przekazuje mi krótką, choć pełną treści wiadomość

 „Jestem w ciąży!”. No, to już naprawdę szczyt sprośności!

Po godzinnym monologu cucę się świeżym sokiem z pomarańczy. Zapach rozcinanych owoców przywołuje wspomnienie lata we Włoszech i lubieżnego uśmiechu kelnera, u którego zamiast zamówić Spremuta d’arancia, zamówiłam Spermuta d’arancia. W Stanach uznano by to za molestowanie, we Włoszech chłopak nie krył rozczarowania, że to przejęzyczenie.

Czy Paulina też przejęzyczyła się mówiąc ”tak” swojemu świeżo poślubionemu mężowi, prawnikowi z szacownej rodziny z tradycjami? W rodzinie Pauliny tradycją były rozwody, a ona sama, nawet bez studiów w Mediolańskiej Accademie di Belle Arti di Brera, stanowiła kwintesencję artystycznej duszy. Utalentowana, niepokorna, w życiu szukająca przede wszystkim zachwytu. Kiedyś tak zachwyciła się sąsiadką, do której zeszła po mieloną kawę, że została u niej przez kilka miesięcy, tworząc związek, którego nigdy później nie pozwoliła strywializować do rangi przygody.

Była wolna i nieprzewidywalna. Oczywiście była też piękna i to w sposób, który włoskim macho mocno burzył krew. Słowiańsko-posągowa, z twarzą o klasycznych rysach, mocnych łukach brwiowych i zebranych w węzeł na karku włosach, zamiast na porodówkę powinna trafić na rewers monety. Na koniec rozmowy, lombardzka mistrzyni suspensu, zapowiedziała, że to dopiero początek, bo zamierza mieć dużą rodzinę. Pełną, szczęśliwą, i po mieszczańsku przewidywalną, na przekór tej, w której sama się wychowała. Mistrzu Fellini, gdzie jesteś, gdy świat cię potrzebuje?!

Zamiast Felliniego, w bezsenną, powodowaną zgagą noc, trafiam w telewizji na „Nieznajomą” Tornatore. Na tym etapie ciąży, coś takiego, jak równowaga wewnętrzna, w moim przypadku już nie istnieje, film rozjeżdża jej resztki na miazgę. Gdy nad ranem udaje mi się zasnąć, mam koszmary o tym, że rodzę dziecko tak małe, że lekarz przynosi mi je w pudełku od zapałek. Ryczę po kryjomu w poduszkę.

Gdy ryczę już nawet przy zwiastunach jesiennej ramówki TVN’u, mąż sam pakuje mi torbę do szpitala i wrzuca ją do auta. Noc poprzedzająca poród dudni mi w głowie rytmem KTG i krzątaniną pielęgniarek. Przygotowują mnie do porodu operacyjnego, zakładam paskudną koszulę z czerwonym stemplem oddziału położniczego, za którą musiałam zostawić w szpitalnym depozycie czółenka Polliniego.

Podejrzewam, że Carrie Bradshaw rozpętałaby z tego tytułu nielichą zadymę w Izbie Przyjęć, oczywiście gdyby jakimś cudem wysokoprężny plemnik Mr. Big’a, penetrujący biznesowe zaułki dolnego Manhattanu, trafił w jej komórkę jajową, niedostępną z wysokości piętnastocentymetrowych obcasów pantofli od Blahnika.

Ból czterokrotnie wkłuwanego wenflonu odwraca moją uwagę od nieznośnego pieczenia cewnika. Dwie pielęgniarki, chirurgicznie pozbawione empatii, pakują mnie na łóżko i wiozą na blok operacyjny, gdzie zza parawanu słyszę jęki kobiety, która zawierzyła naturze. Dostaję zastrzyk z oksytocyny, który ma ustawić moją macicę w blokach startowych. Mózg już dawno wydarł do przodu na dopingu adrenaliny. Pojawiają się skurcze. Po policzku spływa mi pojedyncza łza. Zrelaksowani, dowcipkujący lekarze sprawiają, że ze swoim bólem i strachem czuję się jak idiotka, mój ginekolog, anonsuje mnie do „cesareczki” i puszcza do mnie oko. Nie odwzajemniam mrugnięcia.

Dwa zastrzyki w kręgosłup i już w połowie mnie nie ma. Od pasa w górę, jestem jednym, wielkim przerażeniem. Pocieszanie się, że nie ja pierwsza i nie ostatnia, nie działa. Znieczulenie uderza mi do głowy, jak pierwszy alkohol w ogólniaku i po chwili czuję szarpanie torsji. Salowa odkleja się od ściany i rusza w moją stronę, sunąc mopem po podłodze, szybciej niż Czerkawski w latach świetności w New York Islanders. Lekarze czekają z dłońmi w górze, aż przestanę się miotać, a ja, zamiast myśleć o sobie i dziecku, zastanawiam się, czy na ich twarzach nie widać zniecierpliwienia moimi popisami. Po chwili siła farmakologii przyszpila mnie do stołu. Mam durne skojarzenia z McMurphym wiezionym na lobotomię – ktoś zrobi mi coś, po czym nic już nie będzie tak samo. Jak pogłos oddalających się za sceną kroków docierają do mnie słowa anestezjologa, który mówi coś o panice i hiperwentylacji. Najwidoczniej zachłystuję się własnym strachem. Lekarze gawędzą przy moich otwartych trzewiach jak przy kawiarnianym stoliku, ich rutyna działa kojąco.

Po kilku szarpnięciach słyszę piskliwy płacz dziecka. Pediatra, w stroju jak z NASA, podchodzi do mnie ze słowami

” Ma pani śliczną córeczkę”. Mission completed

Słyszę bulgot odsysanej krwi, utrudniającej zamknięcie tego kuchennego wejścia, którym moja córka wślizgnęła się na świat, ale nie robi to już na mnie wrażenia. W końcu mój lekarz ściąga lateksowe rękawiczki i uśmiechnięty odchodzi od stołu. Rozpina fartuch i widzę jego opalony podczas urlopu tors. Erotycznie apetyczny – przemyka mi przez głowę, a poziom abstrakcji tej myśli, w kontekście mojego aktualnego położenia, jest surrealistycznie smakowity. Dla niego trwa właśnie kolejny, zwykły dzień pracy. Dla mnie trwa lot na Księżyc.

Na piersi kładą mi DZIECKO. Nie rozstąpiło się niebo, aniołowie nie zadęli w trąby, w gorejącej łunie nie spłynęła pełnia matczynej miłości

Raczej automatycznie całuję pulsujące ciemię i zostawiam na nim kilka okruszków brokatowego błyszczyka. Sojusz próżności i budzącego się leniwie instynktu macierzyńskiego kazał mi jakoś oznaczyć potomstwo.

Pierwsza doba mija mi na ostrym, morfinowym haju. Poza czasem, poza ciałem, równie dobrze mogliby wystawić mnie wraz z łóżkiem na środek ruchliwej ulicy. Rano zostaję zwieziona na oddział, dostaję zastrzyk w brzuch i upragnionego suchara. Gdy pielęgniarka każe mi wstać, ból pozszywanych powłok brzusznych szybko rewiduje moje poglądy – te wszystkie pisane z prefiksem „MAN’y” to pipy. Matko-Polko, szacun! Pokonanie odległości trzech metrów, z łóżka do okna, zabiera mi kwadrans. Nie wyskakuję, ale przypomina mi się staruszka z powieści Głowackiego – wygięta do przodu jak rączka parasola.

Jodynowa cera Pocahontas, kołysze się z mydlinami na kratce odpływu. W nagrodę za przeżycie ablucji i w ramach rooming-in dostaję kuwetę z pleksiglasu z wypisanym na niej czarnym markerem numerem 23. Jak dzień mojego ślubu. Po siedmiu latach małżeństwa, dziecko jest już chyba bardzo ślubne. To, które śpi wewnątrz, nie przypomina ani mnie, ani męża, na szczęście jest podpisane. Szpitalne normy sanitarne nie przewidują obcinania noworodkom paznokci, malutką głowę, oprócz siatki naczyń krwionośnych, pokrywają krwawe pręgi zadrapań. Przełykam ślinę.

To nie z gardłem mam problem. Spuszczam wzrok i napotykam dwa pulsujące wzgórza nadziei. Piersi, które w filmach klasy XXX, zapewniłyby mi uwielbienie rzesz onanistów, zdają się mrugać na czerwono, prosząc by zrobić z nich użytek. Jasne, tylko jak? Gdy nagle, w wieku 32 lat, natura przypomina sobie o mojej klatce piersiowej, zaskoczenie zwala mnie z nóg nawałem pokarmu. Pielęgniarka z poradni laktacyjnej, jak rozjuszona etażna, królowa piętra w sowieckim hotelu, ruga mnie złowrogim – „Jak pani mogła do tego dopuścić?!”

Bez zapoznawczej gadki czy jakiejkolwiek gry wstępnej, zaczyna ściskać i ugniatać moje porno balony, łzy ciekną mi po policzkach, a mleko strzela po lamperię.

Gdy zniesmaczona moją amatorską postawą wychodzi, do piersi, która dawno przestała wyglądać jak część mojego ciała, przysuwam dziecko i z pełną świadomością, że scena ta jest bliższa Sądu Ostatecznego Memlinga, niż dzieł Wyspiańskiego, próbuję dokonać najprostszej, pierwotnej, atawistycznej czynności – nakarmić potomstwo.

Gdy wreszcie mi się udaje, jestem himalaistą wbijającym proporzec na szczycie ośmiotysięcznika, lub, jak kto woli, Tomkiem Karolakiem przecinającym sponiewieranym cielskiem wstęgę mety triatlonu. Teraz już mogę. Daję sobie prawo do płaczu, a z każdą kolejną łzą wypływa ze mnie, budowana przez ponad 30 lat, miłość własna.

Po kilku tygodniach w skrzynce pocztowej znajduję list z czerwoną pieczątką szpitala. Wpadam w panikę, a w głowie wyświetla mi się lista medycznych pomyłek. Trzęsącymi się rękoma rozrywam kopertę… Szpital informuje mnie, że jeśli w ciągu 7 dni nie odbiorę butów z depozytu, przepadną na jego rzecz.

Carrie Bradshaw chyba urwałaby mi łeb. Co zrobiłaby Oriana Fallaci? Nie wiem.

Może przysunęłaby do ust dłoń o krepowanych palcach, mocno zaciągnęła się papierosem i wypuszczając dym powiedziała: „Macierzyństwo nie jest moralnym obowiązkiem. Nie jest nawet faktem biologicznym. Jest świadomym wyborem.”, być może dodałaby: „Skoro tak wybrałaś, to nie spieprz tego!”, by po chwili bezlitośnie tłuc w klawiaturę. Najpewniej jednak miałaby na głowie ważniejsze sprawy, swoje ostatnie dziecko, przy porodzie, którego zmarła – „Kapelusz cały w czereśniach”.

Kilka lat temu zgniotłam list i popychając wózek ku ostatnim promieniom jesiennego słońca, powiedziałam sobie w myślach – Nie spieprzę. Tego nie.

Felieton: Gravidanza
Autor: Magdalena Maskiewicz

Zapisz się na newsletter

No.13 Mint | gazeta online dla mamy już jest!

Magazyn MINT to poradnik dla mam o charakterze lifestylowym. MINT to nie tylko portal, który codziennie dostarcza porcji inspiracji dla mamy i dziecka. To także drukowany kwartalnik stworzony dla chwili relaksu. Poczuj miętę do MINT.

Copyright MINT Project design SHABLON

Pin It on Pinterest

Udostępnij ten artykuł!

Podoba Ci się ten post? Podziel się z nim ze znajomymi i rodziną, udostępniając w wybranym medium.