Niektóre książki nie prowadzą czytelnika prostą ścieżką. Nie obiecują szybkiej fabuły, wyraźnych odpowiedzi ani bohaterki, którą da się łatwo opisać w kilku zdaniach. „Suche strugi” Wita Szostaka są właśnie taką lekturą: wymagającą, gęstą, chwilami trudną, ale zostawiającą po sobie bardzo mocny ślad.
To opowieść o Helenie, która po latach wraca pod kamienicę, w której kiedyś mieszkała. Budynku już nie ma, ale zostaje pamięć: o mieszkaniach, zapachach, sąsiadach, codziennych gestach i życiu, które z zewnątrz mogło wyglądać zwyczajnie, a od środka było pełne przemilczeń.
Kiedy dom znika, zostaje pamięć
Helena siedzi przed miejscem, które kiedyś było jej domem, i zaczyna odtwarzać świat, którego już nie da się dotknąć. Nie robi tego linearnie. Raczej krąży wokół wspomnień, wraca do obrazów, dopowiada szczegóły, przygląda się ludziom z dawnej kamienicy i samej sobie z czasu, kiedy była żoną lekarza, matką, kobietą od domu, porządku i cichej obecności.
Najbardziej poruszające jest w tej książce to, jak łatwo Helenę pomylić z rolą, którą przypisało jej otoczenie. Mąż widzi w niej strażniczkę domowego spokoju. Córka zapamiętuje ją przez pryzmat porządku i codziennych rytuałów. A przecież pod tą powierzchnią jest osoba, która myśli, pragnie, obserwuje, wycofuje się, ale nie znika.
Szostak bardzo uważnie pokazuje kobietę, której życie wewnętrzne jest znacznie większe niż przestrzeń, jaką zostawili jej inni. Helenę łatwo byłoby nazwać „panią domu”, ale ta etykieta szybko okazuje się za ciasna. Ona nie tylko sprząta, układa, dba i czeka. Ona przeżywa i obserwuje. W ciszy, w detalach, w miejscach, które dla innych mogłyby być nieważne.
„Suche strugi” są też książką o pamięci, która nie działa jak archiwum. Bardziej jak mieszkanie po latach: coś zostało, coś odpadło, coś się przesunęło, coś przykryła kolejna warstwa farby. Czy Helena pamięta, czy zmyśla? A może jedno bez drugiego nie istnieje? W tej powieści wspomnienie nie jest dowodem. Jest próbą zrozumienia siebie.
Ważne jest tu pojęcie psychogeografii, czyli myślenia o miejscu nie jako o neutralnym tle, ale jako przestrzeni, która wpływa na emocje, pamięć i sposób przeżywania świata. U Szostaka kamienica nie jest dekoracją. Jest mechanizmem pamięci. Uruchamia opowieść, przechowuje ślady i pozwala Helenie jeszcze raz przejść przez życie, które z zewnątrz mogło wyglądać zwyczajnie, a od środka było pełne przemilczeń.
To nie jest książka łatwa ani „na jeden wieczór”. Jej siła nie leży w akcji, tylko w języku, rytmie i atmosferze. Trzeba zgodzić się na wolniejsze czytanie, na niepewność, na to, że nie wszystko zostanie dopowiedziane. Ale jeśli wejdzie się w ten rytm, „Suche strugi” okazują się powieścią o czymś bardzo bliskim: o tym, jak pamiętamy swoje życie i jak bardzo możemy nie znać nawet tych osób, które przez lata były obok.
Autor, który bardziej podąża za opowieścią, niż ją planuje
Wit Szostak to autor, który konsekwentnie idzie własną literacką drogą. W jego prozie najważniejsze nie jest szybkie tempo ani prosty zwrot akcji, ale język, rytm, pamięć i sposób, w jaki człowiek opowiada samego siebie. „Suche strugi” dobrze pokazują tę osobność: to powieść, która bardziej płynie niż prowadzi, bardziej odsłania niż wyjaśnia i wymaga od czytelnika uważności.
Autor szczególnie ciekawie pracuje też z kobiecą narracją. Oddaje głos bohaterkom, które nie zawsze są głośne, spektakularne czy łatwe do jednoznacznej oceny. Interesuje go to, co ukryte pod powierzchnią codzienności: przemilczenia, role, pamięć ciała, domowe rytuały i wewnętrzne życie, którego inni często nie zauważają.
MINT MAG pyta, Wit Szostak odpowiada
MAGAZYN MINT: Czy podczas pisania tej książki był moment, w którym historia poszła w inną stronę, niż Pan pierwotnie planował — i zdecydował się Pan za nią podążyć?
WIT SZOSTAK: I tak, i nie. Tak, ponieważ wielokrotnie opowieść zaczynała żyć własnym życiem, a ja starałem się tylko nadążyć za nią słowami, ciekaw, co się wydarzy. Nie, ponieważ nie było to odejściem od pierwotnych planów, gdyż takich planów nie było. Od wielu lat staram się patrzeć na pisanie prozy jak na improwizację: mam zarys jakiejś sceny, ale bez planu, co się ma wydarzyć i dokąd ma to zmierzać. Każda scena odsłania mi moich bohaterów i narratorów, a ja wolę czekać, co mi sami (w tym przypadku: same) powiedzą, niż narzucać im sztywne ramy i przycinać wszystko to, co je przekracza. Takie podejście pozwala, moim zdaniem, wydobyć z pisania literatury całą moc. Kiedy proza staje się jedynie zapisem tego, co uprzednio – a więc poza samym pisaniem – przemyślane i zaplanowane, nie wydobywamy całej tej energii, którą daje żywioł opowieści. Ja myślę literaturą, pisaniem; wcześniej są tylko szkice, podobnie jak schematyczne rysunki, gdzie nie widać rysów twarzy i szczegółów. Na przykład przed rozpoczęciem pisania opowieści z roku 1951 wiedziałem tylko jedno: Helena musi przekroczyć Wisłę i bardzo się tego boi, kiedy wsiada do tramwaju, wpada w panikę. I tyle. Nie wiedziałem, jaki będzie przebieg tej paniki, jak – i czy w ogóle – sobie z tym poradzi. Nie wiedziałem też, jakie wydarzenia będą tej podróży towarzyszyły. Tak napisałem pierwsze kilka stron. A potem, przeczytawszy to na chłodno, rozwijałem w kolejnych częściach tego epizodu to, co sama Helena mi podpowiedziała. Podczas pracy czekam, aż znajdę właściwy język, frazę, rytm zdania: one mnie niosą. Słowa – a więc postaci, zdarzenia, myśli narratorki – przychodzą wtedy same. W tym sensie moje pisanie jest ciągłym wyprawianiem się na pustkowia, gdzie nie mam nawet wyznaczonych szlaków. Błądzę sobie językiem po tych przestrzeniach i tak powstaje powieść.
WIT SZOSTAK: Nie wiem, czy jest takie zdanie. A skoro muszę się nad tym zastanawiać, to znaczy, że chyba nie ma. Gdybym zaczął przeglądać teraz swoją powieść, zapewne natrafiłbym na wiele takich, które są mi bliskie. Nie są to jednak zdania-aforyzmy, które zgrabnie puentują jakąś myśl; staram się unikać myślenia aforystycznego, a jeśli ono się pojawia, to nigdy jako odautorski głos, lecz wyraz przemyśleń postaci literackich. Bardziej zależy mi raczej nie na zdaniach, lecz samych, by tak rzec, sposobach opowiadania. Dlatego nie zrezygnowałbym np. z równoważników zdań opartych na rzeczownikowych formach (wysiadanie, oglądanie itd.) zamiast czasowników (to we fragmencie z roku 1945), gdyż dzięki nim rozmywa się podmiot: jest nagie patrzenie, chodzenie, mijanie. Ważne są też dla mnie długie, meandryczne zdania ostatniego epizodu: poza tą formą przekazanie podobnych treści byłoby nienaturalne i niewiarygodne. Podobnie jest ze skrótowym, be-bopowym rytmem opowieści z roku 1955, gdzie zdania wyglądają na ocenzurowane, jakby ktoś wykreślił z nich wszystko to, co przynależy do tradycji „płynnej opowieści”, a co jest literacko oczywiste.
Te melodie, rytmy, nastroje oddane w sposobie budowania frazy są dla mnie ważniejsze niż same zdania. Jest natomiast wiele zdań ważnych dla narratorki. W pierwszej części (datowanej na rok 1980) pojawiają się one często na końcu akapitu, jako osobne zdania lub frazy oddzielone średnikiem. Myślę, że Helena by ich nie wykreśliła, pełnią ważną funkcję w budowie jej języka. Ja natomiast mógłbym je chyba zastąpić innymi słowami.
WIT SZOSTAK: Jedna z bohaterek – pozostanę na tym poziomie ogólności, by nie psuć nikomu lektury – podejmuje fundamentalną, nie tylko dla swojego życia, decyzję: po wojnie nie wraca do domu, zatrzymuje się na progu i zawraca. Ta historia to inwersja mitu Odysa, jakbyśmy zajrzeli na lewą stronę tkaniny, widząc nie tylko supły i węzły, ale także negatyw tamtej historii. Jest wojna, jest osoba przez nią dotknięta, w domu czeka mąż (a nie żona – Penelopa) i córka (a nie syn – Telemach). Odys ostatecznie wraca, moja bohaterka wycofuje się i nie tylko układa sobie całe życie bez swych najbliższych, ale też skazuje ich na życie bez siebie. To zasadniczy moment całej powieści, wybór, który określa tę osobę i jej dalsze życie. Nie doświadczyłem grozy wojny, ale wydaje mi się, że dla większości ludzi powrót do domu jest w tej sytuacji najbardziej naturalnym zachowaniem, tak oczywistym, że trudno nawet uznać to za decyzję: instynktownie wracamy z wojny do pokoju. Moją rolą jednak nie jest ani osądzanie bohaterów, ani powstrzymywanie ich przed takimi decyzjami. Dla mnie literatura jest badaniem życia za pomocą opowieści. Nie rozumiejąc motywacji bohaterki i nie znając ich, staram się oddać jej głos, by za pomocą środków literackich sama pokazała swą perspektywę. Ale nie tłumacząc się czy usprawiedliwiając – to nie sala sądowa – lecz opowiadając swoje życie w cieniu tego swojego niepowrotu. W tym sensie „Suche strugi” są anty-Odyseją.
WIT SZOSTAK: To jest ciekawe pytanie. Często mówi się, że dane miejsce – zazwyczaj miasto – jest nie tylko tłem, ale również bohaterem danej powieści. Dublin w „Ulissesie”, Petersburg w „Zbrodni i karze” czy, ostatnio, Bukareszt w „Solenoidzie” Cartarescu. Jest w tym stwierdzeniu wiele powabu, ale ja od lat myślę, co ono tak naprawdę oznacza, poza tym, że pociąga. Dla jednych to może być szczegółowe odmalowanie danego miejsca, pokazanie jego złożoności. Ale czy to sprawia, że miejsce jest bohaterem? Bohater przecież coś robi, ma jakieś myśli, podejmuje decyzje. Takie uczłowieczenie miasta byłoby zabiegiem fantastycznym, do pewnego stopnia sztucznym. Wydaje mi się jednak, że tu może chodzić o coś innego. Papierowa postać ożywa na kartach powieści, jeśli damy jej literackie życie: czujemy, że jest nie tylko złożona, ale że wymyka się poza to, co o niej powiedziane i co sama o sobie mówi. Wtedy powstaje iluzja życia: powieść pokazuje nam tylko jej część, stwarzając złudzenie bogactwa wszystkiego tego, co poza słowami. I podobnie może być – bez pretensjonalnej zazwyczaj antropomorfizacji – z miejscami. Kiedy miasto, albo nawet budynek, jakoś przeciekają, przelewają się poza karty książki, kiedy mają swoją dynamikę i wiele nieodkrytych i nieopisanych, lecz umiejętnie zasugerowanych, wymiarów, sprawiają wrażenie żywych. Chciałbym, żeby opowiedziana przez Helenę kamienica taka właśnie była; żeby czytelnik nie miał wrażenia dekoracji, która ma tylko jedną stronę, gdyż od tyłu scenograficzną konstrukcję podpierają rusztowania. Ale nie do mnie należy rozstrzygać, czy to się w „Suchych strugach” powiodło.
Książka, która zostaje jak miejsce, którego już nie ma
„Suche strugi” nie są powieścią, którą się po prostu odkłada po przeczytaniu. Raczej zostają jak obraz miejsca, którego już nie ma, ale które nadal coś w nas porusza. To książka o pamięci, kobiecym doświadczeniu, samotności i przestrzeniach, które przechowują więcej, niż potrafimy nazwać.
Nie dla każdego momentu. Ale zdecydowanie dla tych czytelników, którzy lubią literaturę, która nie podaje sensu od razu, tylko pozwala go powoli odnaleźć.
Artykuł powstał przy współpracy z wydawnictwem Powergraph
Zapisz się na MINTowy newsletter i odbierz PREZENT - Pomysły na kreatywne zabawy na CAŁY MIESIĄC!
Dołącz do naszej społeczności i poczuj miętę do MINT! Nasz newsletter to gwarancja dobrych treści! Odbierz w prezencie 30 kreatywnych pomysłów na zabawy z dzieckiem, bo to nowa jakość czasu z dzieckiem.


