ROZMOWA: Z LILIANĄ FABISIŃSKĄ / ZAPISANA PO USZY /

Będąc z wykształcenia kryminologiem, mogłaby rozpracowywać niepokornych przestępców i analizować zeznania świadków, ale jej żywiołowa natura ciągnie ją w świat – na Hel, Kretę, Sycylię lub Przylądek Dobrej Nadziei – skąd przywozi kufry pełne opowieści. Przy kole garncarskim toczy nie tylko gliniane ozdoby, ale i historie, które porywają wielu. Dziennikarka, pisarka, autorka m.in. Z jednej gliny, Śnieżynek, Córeczki oraz trzech powieści o zabarwieniu kryminalnym Sanatorium pod Zegarem, Werandy na Czarcim Cyplu i Zielarni nad Sekwaną.

***

Domyślam się, że jest Pani osobą zdyscyplinowaną i dobrze zorganizowaną, ale i tak praca pisarza wymaga poświęceń – poza namacalnym stukaniem w klawiaturę sporo czasu wydaje się mijać bezowocnie na poszukiwaniu natchnienia czy trafnego słowa… Jak narzucać sobie zasady, by praca nie zdominowała czasu wolnego i rodziny?

Niestety, nie jestem ani trochę zdyscyplinowana i poukładana. I absolutnie nie ma u mnie podziału na czas pracy i czas relaksu. Jestem pod tym względem beznadziejna! Ja właściwie zawsze jestem w pracy, w torebce mam notesik, w którym zapisuję jakieś pomysły albo dziwne zdania usłyszane w autobusie czy kawiarni. Czasami na środku ulicy łapię komórkę i nagrywam pomysł na mały zwrot akcji, który nagle przyszedł mi do głowy. Agatha Christie miała rację: najlepsze pomysły pojawiają się przy zmywaniu naczyń! Czyli wtedy, kiedy oderwiemy się od klawiatury, zajmiemy czymś innym – a nasz mózg obrabia w tym czasie zadane mu pytania, i w najmniej spodziewanym momencie podrzuca nam odpowiedź.

Ale w czasie wakacji chyba Pani nie pracuje?

Pracuję, oczywiście! Właściwie każda podróż związana jest z tym, o czym piszę albo będę pisać… A jeśli jadę gdzieś zupełnie prywatnie, nagle okazuje się, że bardzo mnie to, co widzę, inspiruje, do głowy przychodzą nowe pomysły i zaczynam rozmawiać z napotkanymi osobami, pytać o różne rzeczy, notować. I tak to z urlopu robi się praca. Ja zresztą na te moje wyjazdy mówię „pół-urlop”, czyli wyjazd związany ściśle ze zbieraniem materiałów albo poświęcony na pisanie – ale jednocześnie bardzo relaksujący dzięki widokowi za oknem, możliwości pływania, łażenia… Rano i w nocy piszę, w dzień odpoczywam. Pół-urlop i tyle.

Pani córka nie złości się, że to nie są prawdziwe urlopy?

Już się przyzwyczaiła, nie zna właściwie innych wakacji. Przekonała się już nie jeden raz, że zaglądamy dzięki mojej pracy w miejsca, w które normalnie pewnie by nas nie wpuszczono, z dala od turystycznych szlaków. No i dzięki temu, że jestem zawsze trochę w pracy, możemy wyjeżdżać znacznie częściej niż na normalne urlopy.

Pisze Pani dla dorosłych, dla dzieci, dla młodzieży… Skąd taka różnorodność?

Zaczynałam od bajek dla małych dzieci. Potem były książki dla nastolatków, a potem dopiero dla dorosłych. Musiałam chyba do tego dorosłego pisania dorosnąć – co nie oznacza, że dla dzieci pisze się łatwiej. Wprost przeciwnie! Pisząc dla młodszego czytelnika, mam wyjątkowo silne poczucie odpowiedzialności za każde słowo i za emocje czy pytania, które wzbudzi ono u mojego czytelnika. Może dlatego, że jestem z wykształcenia nie tylko kryminologiem, ale też pedagogiem? Pomyłka w książce dla dzieci boli też dużo mocniej niż w powieści dla dorosłych. Chyba przy żadnej książce nie naszukałam się i nie posprawdzałam informacji tak bardzo jak przy Grzybach. Tu każda strona zawiera mnóstwo naukowej wiedzy, skonsultowanej z wybitną panią mykolog, a podanej tak, żeby było zabawnie i zaskakująco. Każde zdanie poprawiałam kilkadziesiąt razy, żeby nie było trywialne, a jednocześnie – żeby dziecko zrozumiało, o czym próbuję mu opowiedzieć. Oczywiście nie poradziłabym sobie sama. Niezwykłe ilustracje Asi Gwis tworzą tę książkę na równi z tekstem. Chyba poszło nam nieźle, bo Grzyby są właśnie tłumaczone na pięć języków i doczekały się już paru nagród w prestiżowych konkursach.

To raczej nie przypadek, że wydawnictwo Papilon właśnie Pani powierzyło misję napisania książki dla dzieci o wywrotowym tytule Rebelia. Rodzice nie mają się czego obawiać?

Zdecydowanie nie! Ta książka to przede wszystkim dobra zabawa, ale też zachęta, żeby zamiast krzyczeć „Nie chcę tak!”, pomyśleć „Jak chcę?”. Dla dzieci, które powoli wchodzą w wiek nastoletni, nie jest to łatwe i oczywiste. Bunt jest dla nich absolutnie naturalny, fizjologiczny… ale już refleksja, jak urządziłyby świat – czy choćby jego mały kawałek – gdyby miały taką moc, wcale naturalna nie jest. Ja byłam faktycznie wyjątkowo zbuntowaną nastolatką, wygarniałam nauczycielom i sąsiadom w oczy, co mi się w nich nie podoba, zmieniałam szkoły jak rękawiczki, ale cały czas chciałam coś naprawiać, reformować… Pisałam listy do gazet, artykuły, należałam do ruchu ekologiczno-pokojowego „Wolę być”. Książka Rebelia ma zachęcić właśnie do wymyślania swoich rozwiązań, uruchomienia wyobraźni i buntowania się… z głową.

Czy wykształcenie pedagogiczne i znajomość teorii wychowawczych pomagają Pani w wychowywaniu córki, czy w tej materii kieruje się Pani instynktem?

Teoria sobie, a życie sobie! Pamiętam jak kiedyś, kiedy moja córka była mała, opadły mi ręce po jakimś jej wyczynie. Powiedziałam zrezygnowana: „Już nie wiem, co z tobą zrobić”. Na co ona wypaliła bez wahania: „A co na to mówi ta twoja pedagogia-psychologia?”. To zdanie weszło do naszego rodzinnego słownika na stałe… bo doskonale pokazuje, że nie zawsze można znaleźć recepty w mądrych książkach, a poza tym ciągle nas bawi. Naprawdę wiele wychowawczych ram można ominąć dzięki poczuciu humoru.

 


 Rozmawiała: Małgorzata Matysek

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ