KSIĄŻKI: NADMORSKA OPOWIEŚĆ „ZANIM ODFRUNĘ”

„Te książki pachną morzem, lasem, piaskiem, sitowiem, ziołami, tym wszystkim, co dzikie” – mówi Hanna Kowalewska o swoich powieściach z serii o Jantarni. Właśnie ukazał się drugi tom tej niezwykłej nadmorskiej opowieści pt. „Zanim odfrunę”.

***

Hanny Kowalewskiej i jej bestsellerowych książkowych serii nie trzeba przedstawiać. Ta niezwykle wszechstronna pisarka tym razem oddaje w nasze ręce książkę, która targa zmysłami jak zimowa morska bryza. Wśród kobiecej literatury obyczajowej to prawdziwa perełka, gdyż cechuje ją wyjątkowa wiarygodność; nie ma tu przesłodzonych happy endów i prostych życiorysów.

Opowieść jest kontynuacją historii Inki, która wraca do Jantarni i odkrywa tajemnice matki, którą pamięta tylko z mglistych wspomnień. Po drodze poznajemy całe spektrum nietuzinkowych, pełnokrwistych postaci, a misternie utkane wątki prowadzą nas jak nic Ariadny przez labirynt ludzkich historii i emocji wprost do wyczekanego finału, po którym trudno będzie opuścić nadmorską Jantarnie. Mamy nadzieje, że jeszcze do niej powrócimy.

Zapraszamy na wywiad z autorką, która jeszcze bardziej przybliży nam świat wykreowany w książce:

Zanim odfrunę

Jedna z bohaterek „Zanim odfrunę” rysuje na piasku listy do Boga. Jaki list narysowałaby pani?

Na pewno nie rysowałabym skrzydeł jak Weronika, bo jeszcze się w zaświaty nie wybieram… To musiałaby być ważna sprawa i trudna, z tych beznadziejnych, na które nie ma się wpływu. Niczym błahym nie zawracałabym głowy Bogu. Bardzo trudno jest zresztą ułożyć mądry list do Boga. Tym bardziej list rysunkowy. Można sobie takim listem pozamykać pewne drogi. Bo jak zdarzy się jedno, to nie zdarzy się drugie. Dlatego wolę czekać na to, co mi przyniesie los. Może wymyśli to lepiej ode mnie.

W opowieściach o Ince Gdynia jest Gdynią, Warszawa jest Warszawą, Hel jest Helem i tylko ta Jantarnia… Małe miasteczko, gdzieś na Półwyspie Helskim. Fikcyjne, choć przypomina Jastarnię. Skąd taki zabieg?

Jastarnia to Jastarnia, a Jantarnia to miasteczko z mojej wyobraźni. Mogę z nią zrobić wszystko, opisać, jak chcę, wymyślić cuda-wianki, a z Jastarnią już by tak nie było – musiałabym liczyć się z realiami i uczuciami mieszkańców. Lubię swobodę twórczą. Była w tym też asekuracja – mam wiedzę o małych miasteczkach, sama pochodzę z jednego z nich, ale Jastarnia po sezonie jest jednak dla mnie tajemnicą, kaszubska mentalność też w większości, mimo że uwielbiam tam wypoczywać. Co innego Jantarnia po sezonie – to miasteczko nie ma dla mnie tajemnic, pięknie się rozrosło w mojej wyobraźni… Mam nadzieję, że mieszkańcy Jastarni nie będą mieć pretensji z powodu różnych pożyczek… To cudowne, inspirujące miejsce, do którego często wracam.

Co w Jastarni panią najbardziej urzeka i inspiruje?

Lubię miejsca, do których turysta nie chodzi. Mam tam swoje ścieżki nad zatoką, oddzielone od miasteczka mokradłem, piaszczyste, wśród dzikich róż. Nazywam je ścieżkami Weroniki. To dla mnie trochę Podlasie w Jastarni (śmiech). Tam spotykam ptaki, dzikie zwierzęta, paprocie, które są wyższe ode mnie, trzciny, zza których mnie nie widać. I jeszcze jedno miejsce, magiczne, szczególne – dąbrowa, pozostałość po starym lesie. Tam rozgrywa się kluczowa scena pierwszej powieści z cyklu o Jantarni, pt. „Tam, gdzie nie sięga już cień” – spotkanie Inki z Weroniką. Jest też oczywiście morze i wszystko, co nim związane.

Czyli przede wszystkim morzem czuć tę książki?

Morzem, lasem, piaskiem, sitowiem, ziołami, tym wszystkim, co dzikie. Tu akurat skłaniam się ku Weronice. Bardzo kocham tę postać, bo dzięki niej mogłam sobie w wyobraźni pobyć w naturze. Myślę zresztą, że także do chaty Weroniki niejeden chciałby zajrzeć.

Dlaczego w takim razie ten cykl nie jest o Weronice?

Sama Weronika, nie wystarczyłaby mi jako autorce. Główna bohaterka musi mieć według mnie nieco inną energię, być bardziej skomplikowana wewnętrznie. To musi być ktoś, za kim chce się iść, ale też ktoś z tajemnicą, niejednoznaczny. Weronika, przy całym duchowym pięknie tej postaci, jest prostolinijna, to nie kandydatka na główną bohaterkę, niestety. Ale to postać, która przyciąga czytelników. Nie ma spotkania, na którym nie znalazłby się czytelnik, opowiadający o tym, jak bardzo Weronika jest mu bliska, jak bardzo przeżyła wał ten wątek. Część z tych opowieści to ścieżka do własnego dzieciństwa, zapamiętanej babci, cioci, kuzynki. Nostalgia za naturalnym światem, którego już właściwie nie ma, wiele osób go prawie nie dotyka. Druga ścieżka prowadzi do młodych ludzi, którzy buntują się przeciwko temu sztucznemu światu. A Weronika jest z nim w kontrze, jest częścią natury. Jest trochę metafizyczna. A w „Zanim odfrunę” zachowuje się niemal jak ekoterrorystka. Ale dla mnie najistotniejsze jest to, że w Weronice jest miara rzeczy. Bardzo jestem zadowolona z tego, że ta postać zamieszkała kiedyś w mojej wyobraźni i jest w tym cyklu.

Weronika, Tomek Turbacz i Inka byli wymienieni przy okazji pierwszego tomu historii o Jantarni jako te osoby, z którymi chciałaby się pani spotkać na herbatę. A jeśli nie na herbatę, bo z Weroniką może byłoby to trudne, to może po to, żeby ze sobą po prostu poprzebywać. Czy przy drugim tomie to grono powinniśmy powiększyć ?

Chyba pozostałabym przy tych samych postaciach… No, może czegoś ciekawego przy herbacie dowiedziałabym się o ludziach z półwyspu od Jacka. To poboczna, ale bardzo ciepła postać. Na pewno nie chciałabym się spotkać z Janką, bo to bohaterka poskładana z wad, moich i ludzi mi bliskich. Herbatka z nią zupełnie odpada (śmiech), choć bez niej drugi tom serii w ogóle by nie powstał. Kiedy Janka mi się pomyślała, kiedy przyszedł pierwszy fragment z nią związany, to wiedziałam, że mam powieść. Czasami bywa i tak, że nie chcemy się napić herbaty z bardzo ważnymi bohaterami.

Pierwszy tom dużo powiedział o pokoleniu trzydziestolatków, tym, które szuka pracy, mniej nastawia się na rodzinę. Pokolenie niezobowiązujących związków… A w tomie drugim pojawiło się więcej bohaterów z pokolenia Monki, matki Inki, jawiące się trochę jak pokolenie przegranych… Czy to jakaś kolejna diagnoza? Bo ta dotycząca pokolenia trzydziestolatków była bardzo trafna.

Wrażenie, że pięćdziesięciolatków jest więcej wynika z tego, że Inka wyrusza w przeszłość swojej matki i jeśli chce się o niej dowiedzieć czegoś więcej, to musi spotkać jej rówieśników, ludzi, których matka znała, z którymi się przyjaźniła. Czy to pokolenie przegranych? Na pewno sporo z nich jest rozczarowanych tym, co przyniosło im życie, czy czego potrafili dokonać, choć nie wszyscy. Niektórzy nie zamierzają się poddać, jak Kalina. Jednak jeśli wgłębić się w książkę, to okazuje się, że bardziej intensywnie, w większym zbliżeniu, ukazane jest w niej życie młodych, na przykład patchwork – Tomek, Kaśka, Kuba, dziecko i jeszcze Inka, Grzegorz, Zbyszek… A są jeszcze ich znajomi, bliscy. Naprawdę sporo postaci.

Zanim odfrunęDużo postaci i kilka wątków, które łączy główna bohaterka. Który jest najważniejszy?

Trochę namieszałam w tej powieści. Trudno nawet ustalić, który wątek jest najważniejszy. Czy podróż Inki w przeszłość, szukanie korzeni, odkrywanie, kim była matka, jaka była, co się stało w przeszłości w Jantarni i jak związek matki z żonatym mężczyzną wpłynął na dwie rodziny, jaki udział w wydarzeniach z przeszłości miało miasteczko?… Czy może ważniejsze jest to, co dzieje się między Inką i Zbyszkiem, wątek strasznie zapętlonej więzi, gdzie nie wiadomo, czy mamy do czynienia z miłością, nienawiścią, czy całkowitym wychłodzeniem, o co toczy się gra? Myślę, że czytelnicy nieźle się denerwują, czytając ten wątek, nie rozumieją dlaczego Inka tak postępuje, o co jej chodzi, dlaczego pcha się w paszczę lwa. Te dwa główne wątki splatają się jeszcze z kilkoma pobocznymi. Zostawiam czytelnikom rozstrzygnięcie, która z tych warstw powieściowego tortu, który przygotowałam, jest najważniejsza i najsmaczniejsza.

Czy dalsze losy Inki są już napisane, czy dopiero pani o tym myśli?

Przyznam, że pisałam „Tam, gdzie nie sięga już cień” z przekonaniem, że to pojedyncza książka. Byłam bardzo zmęczona cyklem o Zawrociu i nie marzyłam o następnym. Wydawało mi się, że w „Tam, gdzie nie sięga już cień” wszystko jest pozamykane. Dałam nawet takie prawie szczęśliwe zakończenie, co jest w mojej prozie rzadkie. Opowiadałam potem na spotkaniach z czytelnikami, że kolejnej części nie planuję. Aż tu pewnego ranka obudziłam się z pomysłem na ciąg dalszy, tyle że na trzecią część cyklu. I to był pomysł naprawdę pociągający, taki, od którego trudno jest się uwolnić. Żeby go wcielić w życie, trzeba było napisać jeszcze jedną powieść, właśnie „Zanim odfrunę”. Wiedziałam, co ma w tej książce być, ale długo szukałam tego, jak to opowiedzieć. W końcu to znalazłam. W ten sposób pojedyncza książka zmieniła się w tryptyk, choć trzecią część trzeba jeszcze napisać. O tyle to będzie łatwiejsze, że tu niczego nie muszę szukać, bo naprawdę sporo objawiło się tamtego poranka, a później jeszcze doszły nowe pomysły. Tak więc, mimo że się zarzekałam, zarówno Zawrocie, jak i Jantarnia się rozrastają. Chyba to jest tak, że bardzo się zżyłam z bohaterami i dlatego moja wyobraźnia podsuwa mi kolejne pomysły z nimi związane. Decyzja, czy je wcielać w życie, należy oczywiście do mnie. Pokusa, by wejść kolejny raz do znanego świata jest duża. A tu jeszcze tyle tajemnic do odkrycia. Choć pokusa stworzenia nowego świata jest równie wielka.

Książkę „Zanim odfrunę” kupicie na stronie Wydawnictwa Literackiego 


Mat.pras.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ