Autor: Magdalena Maskiewicz

 

Ferie, wakacje, obozy, zimowiska, zgrupowania i kolonie. Dla szczęśliwców posiadających potomstwo w odpowiednim wieku, kwalifikujące się już do podboju świata nie tyle samodzielnie, co poza rodzicielskim skrzydłem – cudowny czas odzyskanej wolności.

Moja ośmioletnia córka zdecydowanie się kwalifikuje, mało tego: wręcz pali do samodzielnej eksploracji ośnieżonych stoków górskich, wzburzonych wód, leśnych ostępów i innych plenerów.

Ubiegłej zimy zdarzyło mi się po raz pierwszy skorzystać z takiej wolności przez 9 dni i 8 nocy, dzięki czemu wiem, jak brzmi najważniejsze pytanie w takiej sytuacji. Wbrew pozorom nie jest to: co zrobimy z tą wolnością? Jak ostro rzucimy się w wir towarzyskiego życia, odzyskanej przestrzeni sypialnianej, kulinarnych eksperymentów na mieście i niespiesznej kontemplacji najnowszych kolekcji w butikach. O pracy w spokoju ducha i bez przelatującej nad głową materii, nie wspominając. Pytanie to brzmi (w moim przypadku): jakiego ostrego narzędzia użyjemy, by tę nie do końca cienką, czerwoną linię, tutaj zwaną pępowiną, wreszcie przeciąć?

Casus matki jedynaczki to temat na osobny felieton. Casus dojrzałej (metrykalnie, bo wszak nie emocjonalnie) matki jedynaczki to temat na powieść. Casus niedojrzałej emocjonalnie, neurotycznej, a do tego starzejącej się matki jedynaczki, to temat na kozetkę w gabinecie. Tak więc innym razem. Teraz powiem krótko:

Dzień 1 – Hell yeah! Wino z sąsiadką.

Moje Chianti i jej bezalkoholowy Shiraz (wszystko z nią w porządku, nałogów brak, chyba, że za nałóg uznamy trzecią ciążę). SMS od dziecka – „Mamo jesteśmy na miejscu. Jest moc!” Po Chianti moc też jest, chwilo trwaj!

Dzień 2 – Mogę ugotować jeden obiad zamiast dwóch.

Nikt nie będzie jeżył się na szpinak, ani na różowy pieprz, ani na ości w doradzie. SMS od dziecka – „Mamo, jest super zaliczyłam 70 gleb na nartach, kupisz mi pieska jak wrócę, albo chociaż świnkę morską?” Mam na to taktykę Scarlett O’Hara z „Przeminęło z Wiatrem”: pomyślę o tym jutro.

Dzień 3 – Niedziela. Nie lubię.

Od zawsze skażony poniedziałkiem dzień, w którym na zabawę za późno, a praca jest wbrew chrześcijańskiemu rozkładowi jazdy. Pustogodziny. SMS od dziecka – „Mamo, tęsknię”.  Mąż zawraca mnie z garażu, bo już jedną nogą ruszałam z odsieczą.

Dzień 4 – Bogu dzięki za pracy dar.

Walę w klawiaturę komputera z pasją i furią, odpisuję na maile szybciej niż Starfire’y i Nighthawk’i od Lockheeda’a tną przestrzeń powietrzną. SMS od dziecka – „Mamo było super, w aquaparku Kosma uratował mnie w nurcie dzikiej rzeki”. Katorżniczy trening na rowerze stacjonarnym powstrzymuje mnie od interwencji u opiekunów wyjazdu.

Dzień 5 – Walentynki.

Jestem kobietą. Jestem żoną. Partnerką i kochanką. Zakładam pończochy i idziemy na sushi i do kina. Bycie matką mnie nie określa, bycie matką mnie nie określa. Kelner, jeszcze jedno wino śliwkowe proszę! Grey, takie sztuczki to ja w ogólniaku robiłam! SMS od dziecka – „Fajnych walentynek mamo i tato!” Łzy jak groch wpadają mi przez dekolt do koronkowego stanika. Po jednej do każdej miseczki.

Dzień 6 – praca, dom, trening, bank, poczta, sklep.

Nie muszę stać w korku do szkoły, nie muszę usiąść nad lekcjami, zawieźć na trening, przypilnować noszenia aparatu na zęby. Boże, jakie puste to życie, co ja robiłam nie będąc matką? SMS od dziecka – „Mamo tęsknię bardzo.” Dzwonię. Kochanie już wytrzymałyśmy połowę, tzn. już wytrzymałaś połowę, za trzy dni będziesz w domu. Mąż chowa kluczyki do obydwu aut.

Dzień 7 – zmieniam zdjęcie w tle na fb.

No przecież nie na własne! Jadę do IKEA po witrynę, zrobię jej wreszcie porządek w lego. Kupuję lody cytrynowe i paluszki o smaku wiosennej cebulki. No przecież nie dla siebie! SMS od dziecka – „Mamo, mam dla Ciebie prezent, góralskie skarpety, żebyś nie marzła w stopy”. Ryczę z imbusem w ręce, ciskając instrukcją witryny KLINGSBO o ścianę.

Dzień 8 – syndrom powtórnego wicia gniazda osiąga zastraszające rozmiary.

Latam podekscytowana, w przytomności umysłu fundując sobie jednak fryzjera i manicure, bo kiedy jak nie teraz, gdy mam luz. No mam luz, przecież! Płaczę tylko dwa razy dziennie. SMS od dziecka. Nie ma sms’a od dziecka. Jest sms od opiekunki, wrócili późno z nocnej jazdy, Matylda powiedziała, że o tej porze wzruszy się, dzwoniąc do mamy. „Dobranoc, kochanie!” mówię w myślach. Wącham jej piżamkę. Do jutra!

Dzień 9 – Mieć ją w ramionach. Bezcenne.

Za wszystko inne zapłaciłam łzami. Teraz jestem uśmiechnięta, mam tusz na rzęsach, czerwień na pazurach i obcasy. Matylda płacze ze wzruszenia wtulona we mnie, tato przenosi torbę i narty z auta trenera. Wsiadamy, machamy, odjeżdżamy. Znowu nasza trójka. Stajemy na pierwszych światłach. SMS, tzn. pytanie od dziecka – „Mamo, ale na zgrupowanie w Chorwacji w kwietniu pojadę, prawda?”. Akt I, scena I. Kurtyna.

Zapisz się na newsletter

No.9 Mint dostępny online i w salonach Empik

Copyright MINT Project design SHABLON

Pin It on Pinterest

Udostępnij ten artykuł!

Podoba Ci się ten post? Podziel się z nim ze znajomymi i rodziną, udostępniając w wybranym medium.