Reportaż: Na zawsze. O adopcji

W 2015 roku ponad trzy tysiące dzieci w Polsce trafiło do adopcji. Najwytrwalsze, nowej mamy wypatrywały przez okno domu dziecka. Wiele z nich czekało w pogotowiu rodzinnym. Niektóre w rodzinach zastępczych. W końcu przyszedł moment, który miał zmienić wszystko. Tylko, czy miłość i dobre chęci wystarczą, by odtąd było już tylko dobrze?

***

DAGMARA – rodzina adopcyjna

Pamiętam, jaka byłam wtedy dumna. Szłam przez miasteczko z czapeczką, którą kupiłam mu na lato – miał przecież taką jasną karnację. Dawaliśmy mu wszystko – od miłości po bluzeczki i spodenki. Tak mnie to cieszyło, taka byłam szczęśliwa.

Ale wiesz, może okazać się, że będziemy musiały przerwać i skończymy tę rozmowę kiedy indziej. To dla mnie nadal bardzo trudne.

W pierwszą ciążę zaszłam zupełnie przez przypadek. Dziecko miało źle wykształcone serduszko. Musiałam usunąć. Przez parę lat żyliśmy tylko my, konie, las, wycieczki w Tatry. Po kolejnej operacji ginekologicznej lekarz wręcz namawiał mnie do urodzenia dziecka. Odrzuciłam to. Nie dałam rady. Musiałabym spędzić pół roku na podtrzymaniu w Krakowie – z dala od moich zwierząt, lasu, kochanych koni. To byłoby dla mnie zupełną traumą.

JESTEM DAGMARA. MAM W SOBIE NIEPOKÓJ

Trzy lata później zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego. Panie oczywiście próbowały nam wmówić, żebyśmy od razu wzięli dwójkę dzieci – najlepiej rodzeństwo. Zaznaczyliśmy wyraźnie: jedno dziecko bez obciążeń psychicznych; najlepiej dziewczynkę. Wiadomo, mama jednak chce córeczkę – całą w sukienkach, wstążeczkach. Nie wykluczaliśmy jednak, że to może być chłopiec. Mój mąż jest ode mnie o dziewięć lat starszy. Okazało się, że ze względu na jego wiek, możemy wziąć dziecko tylko powyżej szóstego roku życia. Pamiętam, że zajęcia w ośrodku były przedziwne – jak teraz o tym pomyślę, to nikt nigdy nie wspominał o możliwych chorobach u dzieci adoptowanych, o FAS* i jego konsekwencjach. W zamian za to robiliśmy drzewa genealogiczne. Wyobrażasz sobie? Dostaliśmy informację, że wszystkie testy rozwiązaliśmy poprawnie i nadajemy się na rodziców. Potem telefon – jest chłopiec z rodziny cygańskiej. Nie wiem dlaczego, ale automatycznie go wykluczyliśmy. Baliśmy się społeczności romskiej. Kolejny raz zadzwonili, że jest dziecko. Kilkaset kilometrów stąd. Zobaczyliśmy zdjęcie – powiem szczerze, że od razu mnie odrzuciło. Chłopiec miał przesympatyczny wyraz twarzy, ale było w nim coś niepokojącego. Powiedziano nam, że jak będziemy wybrzydzać, kolejna okazja może się nie powtórzyć. Podczas drugiej wizyty zaczął mówić do mnie „mamo”.

JESTEM DAGMARA. ZOSTAŁAM MAMĄ

Jak się wtedy poczułam? Jakby mi ktoś coś narzucał. Może nie miałam takiej potrzeby bycia w tamtym czasie matką? Może bardziej myśleliśmy, że przecież nie możemy żyć tak sami dla siebie, że zostanie dom, że trzeba komuś pokazać świat, nauczyć dobrych wartości, i że może będzie mi się łatwiej umierało, gdy będę wiedziała, że to, co stworzyliśmy – moi rodzice i ja – nie pójdzie na marne. Dostaliśmy wezwanie na rozprawę o preadopcję, czyli taki „okres próbny”, jednak już wtedy sąd ogłosił, że Tomek stał się naszym synem. Odebraliśmy go z ośrodka, a razem z nim – dołączoną jak metkę – opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Pytasz, co tam było? Informacje, że Tomek ma FAS, ADHD, zachowania opozycyjno-buntownicze, że dwukrotnie był w pogotowiu opiekuńczym, że jego matka to alkoholiczka, od której był kilka razy zabierany w środku nocy. Nie wiedziałam tego wcześniej. Nikt mi o tym nie powiedział. Uważam, że celowo. Gdyby ktoś mi zasugerował, że mogę zażądać opinii, poprosić o spotkanie z psychologiem… Nieświadomość doprowadziła do tego, że w tym momencie ta adopcja jest porażką. I całe to życie z nim pod jednym dachem jest emocjonalnie wyniszczające.

JESTEM DAGMARA. MÓJ ŚWIAT SIĘ ZMIENIA

Tomek przyjechał – cały nasz świat kręcił się wokół sześcioletniego blondynka. Przez pierwsze dwa miesiące byliśmy ze sobą non-stop: uczyłam go wszystkiego o lesie i jego mieszkańcach – nawet  o robaczkach. Bardzo go to cieszyło. Zaczął też wchodzić w relacje z kolegami. Przeraziło mnie jednak to, że gdy tylko pojawiał się w grupie, zachowywał się tak, że miałam ciarki – był okropnie głośny, nadaktywny. W szkole zyskał antyprzyjaciół. Cały czas przeszkadzał nauczycielom, zresztą nadal to robi. To nie było to, czego go uczyłam.

JESTEM DAGMARA. CZUJĘ SIĘ OSZUKANA

I cóż – pamiętam ten dzień, szukałam właśnie tej jego czapeczki – bo on przecież blondynek, bardzo wrażliwy na słońce. Otworzyłam szufladę i zobaczyłam stertę papierków po gumach. Oczywiście, że mu ich nie kupowałam! Powiedział, że nie wie, skąd je ma. Ukradł w sklepie. Nie zauważyłam. Okłamywał nas już jako mały chłopiec. Tak, chciałam tę adopcję rozwiązać, bo bałam się tego, co może być później. Panie w ośrodku powiedziały krótko: „Ale on ma tylko was” – zmanipulowały jednym zdaniem. Moim błędem było to, że zapisałam go do szkoły, w której uczę. Przyjedziesz do mnie niedługo, to zobaczysz – mieszkamy w środku lasu, w drewnianym domu w Beskidach – daleko od głównej drogi. W innych szkołach nie było świetlicy, w której mógłby zostawać. Po czasie zaczęłam ignorować to, co robił na korytarzu – oczywiście nauczyciele stwierdzili, że jego zachowanie nie odbiega od normy. Nie odbiega? Sprzedawał zadania z matematyki, aby kupować Tigery. Nie, Emilia, nie dawałam mu pieniędzy do szkoły, bo miał wszystko – zawsze robiłam mu fajne kanapki z szynką, rzodkiewką, pomidorem. Jest łasy na słodycze, chociaż tłumaczę mu, że nie powinien ich jeść ze względu na swoją nadpobudliwość. U nas w domu się ich nie je. Nie, nawet nie pieczemy ciasta. Dbam o to, żeby jadł owoce, czasami dostaje też przecież gorzką czekoladę. Szkoła złożyła przeciwko nam wniosek do sądu o ograniczenie praw rodzicielskich. Stwierdzono, że ja sobie ten FAS wymyśliłam, że jesteśmy agnostykami (a co z bogiem, który jest przyrodą?), że Tomek jest w naszej rodzinie nieszczęśliwy i mówi, że ucieknie z domu. Nauczycielka, w dodatku filozof i sprawa w sądzie rodzinnym – fantastycznie. Mam do nich o to ogromny żal.

Termin rozprawy wyznaczono na dzień zakończenia roku szkolnego. Poprosiłam dyrekcję, żeby rozdała moim wychowankom świadectwa, a sama wzięłam ich wcześniej na lody. Było naprawdę cudownie i powiem ci, że lubię te dzieciaki bardziej niż swojego syna. To jest straszne.

*FAS – (ang. fetal alcohol syndrome) alkoholowy zespół płodowy. Najcięższa forma wad wrodzonych, somatycznych i neurologicznych u dziecka. Powstaje na skutek spożywania przez kobietę alkoholu podczas ciąży.


Autor: Emilia Klimasara / Zdjęcie: Designed by Freepik

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ